 |
O Towarzystwie >
Historia
MARZENA REICH
Poniższy tekst nie miał być szczegółową kroniką, lecz bardzo
osobistą relacją z wydarzeń, które – tak jak je zapamiętałam,
doprowadziły do powstania Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata
w jego dzisiejszej formie. Pisałam wyłącznie o faktach, których
byłam świadkiem i z góry przepraszam za ewentualne pominięcia
lub nieścisłości.
Poczatek Towarzystwa to dla mnie rok 1974, kiedy to zupełnie
nieoczekiwanie dowiedziałam się, że moje liceum otrzymało zaproszenie
dla dwóch osób, uczniów klas III, do wzięcia
udziału w procedurze kwalifikacyjnej do Atlantic College w Wielkiej
Brytanii. W warunkach ówczesnych była to sprawa sensacyjna,
takie przygody po prostu nie zdarzały się ludziom spoza kręgu
uprzywilejowanych. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, nie tylko zostałam
wskazana przez moje liceum jako kandydatka, ale po rozmowie
kwalifikacyjnej w Warszawie naprawdę uzyskałam to stypendium i następne
dwa lata spędziłam w Atlantic College. Razem ze mną znalazło się tam
jeszcze troje Polaków, w sumie więc było nas czworo.
Już
na miejscu dowiedziałam się, że tę przygodę życia zawdzięczam
staraniom profesora Pawła Czartoryskiego, osoby, o której
dotychczas w ogóle nie słyszałam. Przekonał on ówczesnego
ministra oświaty, by instytucja ta ufundowała stypendia dla młodzieży
polskiej w międzynarodowej szkole śreniej w Wielkiej Brytanii. . W
dodatku zostało to zorganizowane w taki sposób że wyboru
dokonała British Council, odporna na ewentualne sugestie co do
najwłaściwszych kandydatów. . Jak to się stało, że cały projekt
uzyskał polityczną akceptację, bez której przecież mowy być nie
mogło o tak śmiałych posunięciach nie wiem do dzisiaj; musiał to być
jakiś przedziwny splot korzystnych zbiegów okoliczności.
Po przybyciu na miejsce dowiedziałam się,(kolejna niespodzianka)
że w Atlantic College, o którym nic dotąd nie wiedziałam, uczyła
się już spora grupa Polaków, na stypendiach prywatnych. Były to
osoby o znanych mi nazwiskach, dzieci intelektualistów z KIKu,
polskich dyplomatów, itp. Teraz jednak po raz pierwszy z szansy
nauki w AC miały skorzystać takie jak my zwykłe dzieci zwykłych ludzi.
Profesora Czartoryskiego poznałam w grudniu 1974, gdy wraz z rodzicami
wszyscy polscy stypendyści zostali zaproszeni na opłatek, po czym nasz
kontakt urwał się na wiele lat.
Fakt, że mieliśmy stypendia rządowe okazał się niezmiernie istotny dla
dalszej historii. Właśnie dlatego żadna z nas nie starała się o studia
zagraniczne, w obawie przed możliwymi konsekwencjami: zarówno
bezpośrednimi represjami wobec rodziców, jak i likwidacją
wsparcia rządu polskiego dla UWC. Wówczas wydawało się nam, że
jest to decyzja heroiczna, ale czas pokazał, że wszyscy na niej
wygrali. Nabór do UWC został utrzymany, nawet gdy rząd wycofał
się z finansowania stypendiów, dla mnie osobiście studia w
Polsce zaowocowały niezwykłymi przeżyciami sierpnia 80, moje koleżanki
koniec końców i tak osiedliły się za granicą, ale już bez
żadnych niemiłych konsekwencji. Jednak przez wiele lat wydawało się, że
w naszym wypadku przygoda z UWC definitywnie skończyła się wraz z
maturą w 1976.
Tymczasem co roku odbywał się nabór do szkół UWC,
których liczba stale rosła, a wraz z nią zwiększała się dostępna
liczba stypendiów. Nabór prowadziło Ministerstwo
Edukacji, stypendia przydzielała komisja złożona z pracowników
ambasad krajów, w których szkoły te działały. Informacje
o stypendiach nie były rozpowszechniane, a kandydaci nie mogli zgłaszac
się sami. Tak, jak to było w naszym przypadku, kierowały ich szkoły, o
ile oczywiście zostały o to poproszone przez Ministerstwo. Nowo
mianowani stypendyści nie wiedzieli nic o szkołach do których
wkrótce mieli jechać, ani nawet, czy byli tam już kiedyś
uczniowie z Polski. Nikt nie kontaktował ze sobą stypendystów
ani absolwentów, których losami też zresztą nikt się nie
interesował. W ten sposób, do roku 1990 ukonczyło szkoły UWC
około 50 osób.
W roku 1988 zostałam tzw. UWC Contact Person na Polskę, wskutek
namów koleżanki, . która figurowała w tej roli we
wszelkich spisach UWC. W Polsce nie działo się nic, co by
wymagało jej udziału, jeżeli nie liczyć okazjonalnej korespondencji ze
szczególnie dociekliwymi kandydatami do UWC. Koleżanka
właśnie wyjeżdżała z Polski na dłużej, chciała więc sumiennie
pozostawić po sobie następcę. Po wielu usilnych zapewnieniach,, że z
taką funkcją nie łączą się żadne istotne obowiązki, zgodziłam się. Nie
wiedziałam wówczas nawet, czy w Polsce mieszkają jeszcze jacyś
absolwenci UWC. Wprawdzie w 1985 r usiłowałyśmy zorganizować spotkanie
koleżeńskie w Warszawie, ale ujawniły się tylko cztery osoby.
Dość długo rzeczywiście nic się nie działo. Dopiero początek roku 1990
przyniósł radykalne zmiany. W styczniu odwiedziła mnie Jane
Horton, pełniąca funkcję Network Secretary w biurze londyńskim.
Poruszyła elektryzujący temat: oto na forum UWC pojawiła się myśl o
potrzebie stworzenia College’u w jednym z krajów Europy
Wschodniej. W którym mianowicie – zależeć będzie od tempa
powstania i sprężystego działania lokalnej grupy inicjatywnej.
Pierwszym zaś zadaniem miało być powołanie polskiego Networku, czyli
organizacji absolwentów UWC. . Rozmowa zakończyła się
zaproszeniem do Budapesztu, gdzie w lutym miała się odbyć pierwsza
konferencja regionalna europejskiego Networku.
Pamiętam tę trzydniową imprezę bardzo wyraziście. Po raz pierwszy
zobaczyłam absolwentów UWC od lat sześćdziesiątych wzwyż,
przepojonych entuzjazmem wobec perspektyw otwierających się po upadku
muru berlińskiego i szczerze przejętych tym, co mogą one oznaczać dla
UWC. Patrzyłam z podziwem na prezentacje poszczególnych grup
narodowościowych, ich biuletyny informacyjne, ich książki adresowe, ich
kalendarz całorocznej pracy. Zauważyłam, jak wielką rolę odgrywają w
Networku absolwenci z dawnych lat, ludzie dojrzali, którzy służą
studentom pomocą finansową, własnym zapleczem biurowym i kontaktami.
Jak dojść do takiego etapu, od czego w ogóle zacząć? Słyszało
się już to i owo o „funduszach pomocowych” dla organizacji
pozarządowych, ale przecież ta organizacja jeszcze nawet nie powstała,
cóż dopiero mówić o osiągnięciach, bez których,
jak myślałam, nie można prosić o finansowanie z zewnątrz.
Europa zza żelaznej kurtyny była wtedy modna, spotkałam się więc z
ogromnym zainteresowaniem i życzliwością. Wracałam do domu z szumem w
uszach od nadmiaru pomysłów i mocnym postanowieniem, że
koniecznie muszę doprowadzić do powstania polskiego Networku. Czym miał
być, co robić, a przede wszystkim – jak? Wszystko to jawiło mi się
wtedy niezbyt jasno. Najważniejsze wydawało się zebranie większej grupy
absolwentów i w zależności od ich wieku, sytuacji rodzinnej,
możliwości finansowych i medialnych, zakres możliwej działalności
ustali się sam.
Gdy rozesłałam pierwsze „wici” wg otrzymanej z Londynu listy adresowej
absolwentów polskich, jedną z pierwszych osób,
które skontaktowały się ze mną był syn profesora Czartoryskiego.
To właśnie on przekonał swojego ojca, by jako de facto założyciel akcji
UWC w Polsce, raz jeszcze zajął się tym projektem. Byliśmy jednak tak
przytłoczeni masą drobnych i wielkich trudności, (od trudności z
formułą prawną po brak przyzwoitych kopert do korespondencji), że nasze
wstępne dyskusje były zupełnie jałowe.
Jednak
już na początku kwietnia okazało się, że całkiem niezależnie od
siebie otrzymaliśmy zaproszenie na Konferencję UWC (International
Council Meeting) w Duino, którą uświetniał ówczesny
Prezydent – Książę Karol. Tydzień spędzony w Duino okazał się
decydujący dla losów przyszłego Towarzystwa. Wielu aktywnie
pracujących członków National Committees (National Committees,
czyli Komitety Krajowe to wolontariaty prowadzące nabór do
szkół i pozyskujące środki na finansowanie
stypendiów)chętnie dzieliło się z nami swoimi doświadczeniami
sprzed lat, kiedy zakładali pierwsze Komitety.. Także ówczesna
dyrekcja Biura w Londynie żywo interesowała się naszymi zamiarami,
sugerując, że skuteczność wykazana przy zakładaniu National Committee
będzie testem co do lokalizacji przyszłego nowego UWC. Wydawało nam
się, że nie mamy prawa zlekceważyć takiej szansy dla polskiej młodzieży
i mimo że wszystko wskazywało na beznadziejność naszych ambitnych
planów, postanowiliśmy, że oprócz organizacji
absolwenckiej musi też powstać jakaś forma National Committee.
Wielki problem polegał na tym, że we wszystkich krajach działających w
UWC, członkami Komitetów Krajowych są ludzie o ustalonej pozycji
zawodowej i sporych możliwościach, również finansowych. Rolą
Komitetu jest zapewnienie funduszy na stypendia, kształtowanie
właściwego wizerunku organizacji oraz nawiązanie i utrzymanie
kontaktów, które ułatwią dwa pierwsze zadania. Tymczasem
już wstępne doświadczenia pokazywały, że ten klasyczny model będzie
bardzo trudny do realizacji w Polsce albo w ogóle niemożliwy.
Ludzie szeroko znani, mający kontakty medialne oraz spore własne
mozliwosci finansowe a do tego z otwartą głową i wielkim sercem
to przecież wszędzie rzadkość niesłychana; polują na takich wszelkie
możliwe stowarzyszenia i fundacje, mające w dodatku czym kusić. My nie
mieliśmy absolutnie nic.
W czerwcu 1990 doszło wreszcie do skutku pierwsze ogólnopolskie
spotkanie absolwentów UWC, w Józefowie, koło Warszawy. W
porównaniu z dzisiejszymi była to impreza nader skromna.
Wynajęliśmy kilkanaście domków campingowych w ośrodku nad
Świdrem, kupiliśmy chleb i kiełbasę do pieczenia nad ogniem. Było nas
siedemnaście osób. W tej liczbie mieścili się zresztą
również zagraniczni uczestnicy imprezy, których spotkałam
w Budapeszcie i zaprosiłam, by zasilili nasze szeregi swoim entuzjazmem
i „duchem UWC” Nie bardzo wiedzieliśmy, czym zapełnić czas, toteż
skróciliśmy spotkanie do minimum. Uważaliśmy za sukces, że udało
nam się w porę wydostać z Ministerstwa Edukacji adresy nowo mianowanych
stypendystów, których zaprosiliśmy również, aby
dowiedzieli się czegoś o szkołach do których wkrótce
wyjadą. Impreza okazała się udana, i od tej pory jest urządzana co roku
na początku lata, aby nowi stypendyści od razu spotykali starszych
kolegów i tych, którzy pracują na ich rzecz nikomu nie
znani.
Ten skromniutki początek pokazał, że chętni do działania są, ale przed
nami ogromne trudności. Absolwenci UWC, którzy odpowiedzieli na
nasze zaproszenie byli bardzo młodzi – albo jeszcze studiowali, albo
dopiero zaczynali pracę, jednocześnie wychowując małe dzieci. Do tego
byli bardzo mobilni – dostawali stypendia, lub oferty pracy za granicą
i znikali. Nie mogliśmy liczyć na pomoc absolwentów z dawnych
lat, bo szybko okazało się, że większość mieszka za granicą i nie
odpowiada na nasze apele. Próbowaliśmy usilnie pozyskać do
współpracy znajomych lub krewnych: dziennikarzy,
adwokatów, naukowców, którzy zechcieliby
„patronować” komitetowi UWC, ale szło to jak po grudzie. Był to moment,
kiedy wielu dawnych znajomych zaczynało kariery w nowym środowisku,
sądziliśmy więc, że teraz, mając większe niż kiedyś możliwości, zechcą
nam pomóc. Czekał nas spory zawód. Jedni krytykowali sama
ideę „kosmopolitycznej” szkoły, inni negowali potrzebę międzynarodowego
kształcenia młodzieży (przecież wystarczą studia podyplomowe dla
naukowców), inni od razu pytali o fundusze, jakie nam obiecano
„w Unii” i bardzo lekceważąco przyjmowali informację o stanie
faktycznym. Jeszcze inni, szczerze i po przyjacielsku radzili mi zająć
się dziećmi, „bo to nie ma prawa się udać”. Szczególnie
nieprzyjemne były wizyty w ambasadach krajów, gdzie znajdują się
Colleges. W mojej bezdennej naiwności wyobrażałam sobie, że tam
właśnie, gdzie werbalnie tak mocno popierano „społeczeństwo
obywatelskie” nasza inicjatywa spotka się z życzliwością, tymczasem
potraktowano nas jak wyjątkowo bezczelnych naciągaczy. Mnie oczywiście
korona z głowy nie spadła, ale sądzę, ze dla Profesora musiały to być
okropne przejścia.
W końcu udało nam się zarejestrować stowarzyszenie, które
objęło zarówno Network, jak i Komitet Krajowy. Powodem
takiej konstrukcji była szara rzeczywistość: skoro jedynymi
zainteresowanymi byli absolwenci UWC, podział na organizacje
absolwentów i Komitet był przedwczesny.
Pierwszym problemem, o który na samym początku niemal zniszczył
toworzące się dopiero stowarzyszenie, był obieg informacji. W tamtych
czasach nawet telefon był dobrem rzadkim, e-mail nie istniał, spotkania
w domach utrudniały malutkie dzieci i uciążliwość dojazdów. Przy
marnym dostępie do informacji trudno było skoordynować pracę a
chociażby dobrze się poznać; wiele trzeba było przeżyc rozczarowań, nim
zorientowaliśmy się na kim naprawdę można polegać, u kogo zaś dobre
chęci wyprzedzają realne możliwości.
Nie zawsze było to przyjemne, ale chyba nieuniknione. To dzięki tym
burzliwym doświadczeniom w końcu „dotarł się” aktywny zespół
konstruktywnie współpracujących, który do dzisiaj jest
filarem Towarzystwa. Nazwa– Towarzystwo Szkół Zjednoczonego
Świata narodziła się niemal mimochodem, gdy wypełnialiśmy formularze
rejestracyjne, jednocześnie wpychając jakieś kluseczki w otwarte buzie.
Było to zwykłe tłumaczenie United World Colleges. W ogóle nie
poświęcaliśmy tej sprawie uwagi. Myśleliśmy, że najważniejsza jest
rejestracja i szybkie wykazanie, że stać nas na samodzielną
działalność, po czym otrzymamy fachowe wskazówki oraz wsparcie
materialne z Londynu, o czym przez cały czas niejasno napomykano – i
będzie już łatwiej. Rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza.
Gdy wspominam te czasy, na pierwszy plan wysuwa się osoba profesora
Pawła Czartoryskiego. Jego rola była nie do przecenienia. Był jedynym,
który znał wymogi prawne tworzenia nowej organizacji; miał
wielkie doświadczenie życiowe i społeczne, rozumiał też trudności
związane z dotarciem się wzajemnym osób o różnych
temperamentach i drogach życiowych. Miał talent dyplomatyczny i cieszył
się autorytetem wśród władz oświatowych, co na pewno ułatwiło
poprawne ułożenie wzajemnych stosunków. Ale moim zdaniem jego
największą zasługa, największym wkładem było nadanie całemu
przedsięwzięciu już nie tylko wiarygodności ale i blasku. Wszyscy,
którzy współpracowali z Profesorem, czuli się tym w ten
sposób niemal wyróżnieni i starali się ze wszystkich sił.
W ostatecznym rachunku odegrało to większa role, niż kontakty i
znajomości „Dziadka” – bo tak go nazywaliśmy. Chyba tylko dzięki temu
nie ulegliśmy zniechęceniu i demobilizacji. Już sama praca z nim była
radością.
W tym czasie, mimo wspomnianych już trudności i nieporozumień
skupiliśmy się skutecznie na trzech sprawach. Pierwsza, to dotarcie do
mediów z informacjami o UWC, o którym niemal nic nie było
w Polsce wiadomo. W latach 1990 – 91 wielokrotnie wystąpiliśmy w TV i
programach radiowych.
Sprawa druga – to udział w kwalifikacji stypendialnej, od której
byliśmy jeszcze zupełnie odsunięci. Ku naszemu zdumieniu przeciwko
dopuszczeniu nas choćby tylko do pomocy zaprotestowała British Council,
twierdząc ze Ministerstwo Edukacji robi to tak dobrze i od tylu lat, że
udział amatorów może tylko popsuć dobrą robotę. Sprawy wziął w
swoje ręce prof. Czartoryski, który uzyskał od MEN zgodę na
dołączenie do grona kandydatów osób wskazanych przez
Towarzystwo (właśnie uzyskaliśmy rejestrację sadową). Było już jednak
bardzo późno i martwiliśmy się, jak dotrzeć do odpowiednich
kandydatów.
Próżne obawy. W tym samym czasie postanowiliśmy ogłosić konkurs
na esej w języku angielskim dla uczniów szkół średnich,
gdyż udało nam się zdobyć kilka atrakcyjnych nagród Konkurs miał
zostać ogłoszony w programie dla młodzieży LUZ, a mój domowy
adres, pięknie wypisany na planszy, ukazał się na ekranie TV jako
miejsce nadsyłania prac konkursowych. Stało się jednak tak, że adres
ten wyświetlono bezpośrednio po informacji o naborze do UWC. W
rezultacie pierwsi zainteresowani pojawili się u nas w domu już w
kwadrans po programie. Następny tydzień wspominam jako koszmar. Sterty
listów i telegramów, ciągłe dzwonki do drzwi, tłumy ludzi
w naszym zagraconym niemożliwie mieszkanku wśród brykających
maluchów. Dostaliśmy chyba dobrze ponad tysiąc zgłoszeń. Było z
czego wybrać! Zaprosiliśmy trzydziestkę kandydatów, z
której po rozmowie wybraliśmy ostatecznie osiem osób. Ta
ósemka wzięła udział w kwalifikacji MENowskiej, czyli w rozmowie
prowadzonej przez reprezentantów ambasady USA, Kanady, Włoch i
British Council. Na pięć dostępnych miejsc stypendialnych kandydaci
Towarzystwa otrzymali aż cztery; miejsca rezerwowe też „nam” przyznano.
Ten wynik pozwolił na przejęcie całej operacji w wyłączną gestię
Towarzystwa, choć zwyczaj zapraszania międzynarodowej komisji do
dokonania ostatecznego wyboru utrzymał się jeszcze do 1993 r. Dopiero
rok 1994 przyniósł zmianę tej sytuacji, i kwalifikacja przybrała
dzisiejszą formę. Początkowo musieliśmy prosić o pomoc w czytaniu prac
i rozmowach osoby z zewnątrz, bo nie bylibyśmy w stanie nawet przerobić
nadesłanego materiału, ale w miarę wzrostu liczby członków,
stopniowo ostaliśmy się samowystarczalni.
Trzeci wymiar działalności w tym okresie to próby pozyskania
środków na działalność; w dalszej kolejności liczyliśmy na
fundusze stypendialne. Pierwsze pieniądze napłynęły z własnej
działalności gospodarczej. Dziś mało kto wie, że w 1991 r
spróbowaliśmy stworzyć szkołę języka angielskiego zatrudniającą
samych native speakerów. Szkoła okazała się zbyt ambitnym
przedsięwzięciem. Nauczyciele przybywający do Polski bardzo szybko
rezygnowali z pracy w naszej szkole, gdyż otrzymywali o wiele
korzystniejsze finansowo oferty od innych instytucji. Równie
trudna w realizacji okazała się szkoła letnia w Olecku, gdzie w pewnym
momencie trzeba było osobiście przejąć nauczanie, bo skłóceni
nauczyciele opuścili ośrodek (!). Jednak skutkiem tych wysiłków
było, po rozliczeniu, trzydzieści milionów (w starych złotych!)
na koncie Towarzystwa; suma w tamtych czasach nie do pogardzenia, choc
naturalnie bardzo skromna. .
Działalność nasza miała jeden nieprzewidziany skutek. Towarzystwo było
oficjalnie zarejestrowane pod adresem mojego mieszkania przy ul.
Osikowej. Pewnego dnia zjawił się tam komornik i zaczął dokonywać spisu
wartościowych przedmiotów na zabezpieczenie niezapłaconych
podatków. Chodziło zarówno o podatek od „wzrostu”
wynagrodzeń nauczycieli zatrudnionych w szkole (czy ktoś pamięta
jeszcze, co to był popiwek?), jak też o roszczenie wobec mnie osobiście
– skoro użyczamy mieszkania na siedzibę Towarzystwa, to należy nam się
czynsz, od którego fiskus chce otrzymać podatek. Fakt, że
czynszu nie pobieramy nie ma żadnego znaczenia. Dzieci uderzyły w
histeryczny ryk obawiając się, że zaraz nas wszystkich zlicytują.
Oczywiście, w końcu jakoś się wybroniliśmy, ale zajęło to parę
nerwowych miesięcy; część podatków zapłaciliśmy, od części nas
zwolniono po długich wyjaśnieniach. Ostatecznym efektem tej historii
było przeniesienie adresu siedziby Towarzystwa pod dzisiejszy adres, co
załatwił Profesor.
Stabilniejszy dopływ gotówki zaproponował VSO (Volunteer Sevice
Overseas), angielska organizacja charytatywna, która przez kilka
lat przysyłała do Polski wykładowców zatrudnionych w Kolegiach
Językowych. Andrew Stuart, ex Headmaster AC, ówczesny ekspert
VSO, zaproponował Towarzystwu opracowanie i przeprowadzenie
kursów aklimatyzacyjnych dla przyjeżdżających ochotników.
VSO płaciła wszystkie koszty, a wynagrodzenie Towarzystwa – kilkaset
funtów za kurs – wpływało jako darowizna na konto w
International Office. Te szkolenia przygotowałam osobiście, wraz ze
szkolnym kolegą mojego męża, i w latach 1991 – 1995 przeszkoliliśmy
osiem kolejnych grup w Nałęczowie. Uczestnicy uczyli się
najpotrzebniejszych polskich zwrotów (tu boli! nie działa! Ile
kosztuje?) i ćwiczyli je w sklepikach i kawiarniach Nałęczowa i
Kazimierza, poznawali też z grubsza polskie zwyczaje i tradycje.
Żałowałam bardzo, gdy w 1995 VSO zakończył współpracę z Polską.
Pod koniec 1991r Towarzystwo otrzymało niezwykłą ofertę. Dzięki
wysiłkom Networku belgijskiego, wchodząca właśnie do Polski firma
Eurocard postanowiła rozpocząć działalność od ufundowania stypendium
dla kandydata polskiego. Naszym zadaniem miało być nagłośnienie tego
gestu, poprzez zorganizowanie cocktailu dla sponsora (który
sfinansował Eurocard) i zgromadzenie przedstawicieli mediów.
Niestety, odzew w mediach był prawie żaden. Był to dla nas wyraźny
sygnał, że takie fanaberie, jak finansowanie edukacji międzynarodowej
nikogo nie interesuje. Niemniej jednak Towarzystwo uzyskało dodatkowe,
szóste stypendium (w Hong Kongu). W późniejszych latach
staraliśmy się utrzymać tradycje urządzania raz w roku uroczystego
Cocktailu dla Sponsorów – w roku 1993 dziękowaliśmy Powszechnemu
Bankowi Gospodarczemu w Łodzi oraz Bankowi Przemysłowo Handlowemu w
Krakowie, które ofiarowały nam łącznie osiem tysięcy
dolarów (dzięki nim sfinansowaliśmy dodatkowe stypendium w
Atlantic College), a w 1994 – firmie United Biscuits z Jarosławia, za
ufundowanie pełnego stypendium dla dziecka jednego z
pracowników. Potem zabrakło już niestety sponsorów,
którym moglibyśmy dziękować i zwyczaj nie przetrwał. Jego echem
jest uroczystość zupelnie innego rodzaju: wręczenie dyplomów
stypendysty nowo zakwalifikowanym uczniom, ktorej staramy się nadac jak
najbardziej godny i medialny kształłt, wciąż w nadziei, że
któregoś dnia stale zapraszane media rzeczywiście pojawią się i
zauważą naszą pracę.
Rok 1992 przyniósł konferencję Networku w Kazimierzu nad Wisłą.
Po raz pierwszy cała dyrekcja UWC przyjechała do Polski dyskutować –
między innymi – nad kwestią nowego College’u w Europie Wschodniej.
Konferencja była naprawdę wspaniale zorganizowana ale na nasze nadzieje
wylano kubeł zimnej wody. Dowiedzieliśmy się wówczas, że sprawą
pierwszoplanową jest, kiedy wreszcie studenci krajów
postkomunistycznych zaczną finansować stypendia dla Trzeciego Świata
usłyszeliśmy od Dyrekcji, że jakiekolwiek wsparcie finansowe z zewnątrz
dla naszego Komitetu jest wykluczone i stanowiłoby bardzo zły
precedens.. I na koniec, że College w Europie Wschodniej może powstać,
jeżeli jego właściwy Komitet Krajowy pozyska na miejscu wszystkie
środki potrzebne na jego zbudowanie oraz stworzy kapitał na fundusz
stypendialny. Było jasne, ze takim oczekiwaniom nie sprostamy nawet za
dwadzieścia lat. W ten sposób nadzieje na polski UWC legły w
gruzach.
Wspominam te wypadki nie po to, bynad nimu ubolewać, ale by uzasadnić
fakt, że od wtedy właśnie zrozumiałam, że jesteśmy zdani wyłącznie na
własne siły, bez względu na otrzymywane dotąd deklaracje. Sił tych
żadną miarą nie było tyle, byśmy mogli myśleć o stworzeniu College w
Polsce, należało więc skupić się raczej na stworzeniu jak największej
oferty stypendialnej.
Tymczasem nasze starania o fundusze wciąż rozbijały się o mur
niemożności. Banki odsyłały nas do fundacji, fundacje do osób
prywatnych, osoby prywatne do funduszy pomocowych UE… Pamiętam, gdy
znajomy socjolog, specjalista od PR, wyjaśnił mi to tak: jesteście zbyt
małą organizacją, macie za małą ofertę, aby opłacało się wydać na was
takie sumy. Ale jak mieliśmy powiększyć ofertę bez pieniędzy?
Coraz lepiej rozumieliśmy, skąd biorą się nasze trudności – otóż
postawiliśmy sobie sprzeczne cele. Nie było możliwe jednoczesne szybkie
budowanie mocnej pozycji organizacji i zachowanie niezależności,
gwarantującej pełna bezstronność przy wyborze stypendystów.
„Znane osobistości” które można by prosić o użyczenie swego
nazwiska otrzymywały wiele podobnych propozycji i to często związanych
z atrakcyjnymi formami wynagrodzenia. Niekoniecznie były to pieniądze;
liczyła się też możliwość refundowanych podróży po świecie,
dostęp do funduszy na własne ulubione cele działalności, a chociażby
dodatkowa „siła przetargowa” w postaci możliwości sprawienia innym
ustosunkowanym osobom cennego prezentu czy usługi. Oto dlaczego całkiem
szacowne fundacje polskie chętniej pomagają osobom wplywowym i znanym ,
niż najbardziej potrzebującym, zaś na pensje rad nadzorczych wydaja
nieraz znacznie większe sumy niż na statutową działalność. My nie
chcieliśmy jednak iść tą drogą, bo groziła całkowitym rozmyciem
celów naszej pracy. Niestety, oznaczało to też że nieprędko
wyjdziemy na prosta.
Podjęliśmy wówczas próbę zwrócenia się do
środowisk polonijnych. Nasz znajomy, pracownik MSZ, który
wyjeżdżał służbowo do USA i Kanady, dostał oficjalną zgodę na zajęcie
się tą sprawą. Wrócił zachwycony Pearson College, który
zwiedził przy okazji, ale merytorycznie nie uzyskał nic. Środowisko
polonijne do dzisiaj nie zdobyło się na fundowanie stypendiów
nawet dla „swoich”; kłótnie i wzajemna podejrzliwość okazały się
tak wielkie, że jakiekolwiek gromadzenie funduszy niemal nigdy
nie wykroczyło poza budowę kościoła. I ta droga, jak się okazało,
prowadziła donikąd.
Mieliśmy jeszcze
nadzieję, że
podsuniemy sprawę szkół polskim
dyplomatom, wskazując, że np ośrodki kultury polskiej miałyby wdzięczne
audytorium na ich terenie. Liczyliśmy też trochę na to, że nasi
stypendyści znajdą w nich pewne oparcie, może np. mogliby tą drogą
otrzymywać prasę krajową, której brak, w tych czasach
przed-wirtualnych stanowił poważny problem, uzyskać pomoc – przez
szkoły polskie – w przygotowaniu do matury z polskiego. Napisano w tej
sprawie masę listów, Profesor osobiście składał wizyty w
konsulatach i ambasadach, w których stanowiska obejmowali
właśnie jego dobrzy znajomi. I nic to nie dało. Problem rozwiązał się
dopiero wtedy, gdy każda ważniejsza gazeta stworzyła swoje strony
internetowe. Co do lektur z polskiego, apelowaliśmy do kolejnych
generacji stypendystów o podarowanie bibliotekom college’owym
każdej wykorzystanej pozycji. W końcu któraś mama wzięła na
siebie problem skompletowania wszystkich potrzebnych
podręczników – i kłopot się skończył. Raz jeszcze poradziliśmy
sobie sami.
Skoro więc byliśmy skazani na niezależność, należało konsekwentnie iść
tą drogą. Jedynym wyjściem było szukanie nowych stypendiów w
szkołach, które ofiarowałyby je za darmo.
Częściowym rozwiązaniem okazała się propozycja pani pracującej
wówczas w British Council, do której ktoś mnie skierował
podczas wędrówek w poszukiwaniu funduszy. Była ona pierwszą
osobą, która potraktowała nas poważnie. Wprawdzie nie mogła
wspomóc naszych finansów, ale była w stanie uzyskać z BC
dofinansowanie dla innego projektu, który sama wymyśliła.
Prosiła angielskie szkoły językowe o bezpłatne miejsca dla
finalistów naszej kwalifikacji, zaś koszty ich utrzymania
pokrywała, częściowo lub całkowicie wspomniana dotacja British Council.
Była to wspaniała inicjatywa! Dzięki niej, co roku pięć, sześć
osób, które nie dostały stypendium do UWC, otrzymywało,
jako nagrodę pocieszenia, kilkutygodniowy pobyt w szkole letniej w
Wielkiej Brytanii. Nie muszę mówić jakie to miało znaczenie dla
kandydatów z niezamożnych środowisk! W 1994 mieliśmy już
nadzieję na usankcjonowanie tej praktyki przez ówczesnego
dyrektora British Council, który przychylił się do naszej prośby
i przyznał budżet w wysokości 1300 funtów rocznie. Niestety,
wkrótce potem został odwołany, a po redukcji funduszy BC przez
rząd JKM, nowy Dyrektor zlikwidował program. Rok 1995 był ostatnim
rokiem wyjazdów do szkół językowych. Jednak ostatnio
odnotowalismy powrót tej pięknej praktyki, choc już w dużo
mniejszym wymiarze 1 stypendium-nagrody pocieszenia rocznie,
które znowu funduje British Council.
Od roku 1992 zaczęłam na serio szukać miejsc stypendialnych w innych
szkołach brytyjskich. Inspiracja płynęła z kilku źródeł. Po
pierwsze doświadczenia niedoszłych stypendystów UWC,
którzy po nieudanej próbie (brak miejsc) rozpoczęli na
własną rękę starania o przyjęcie do angielskich szkół z
internatem. Powiodło im się –zostali przyjęci przez Clifton College i
Dulwich College. Po drugie, była to sugestia Naomi Hoare, żony
pierwszego Headmastra AC, z którą rozmawiałam o naszych
ogromnych problemach (było to podczas obchodów trzydziestolecia
Atlantic College i całego UWC). Dyskutowałam o niej jeszcze z innymi
absolwentami i wszyscy uważali te sugestię za świetny pomysł, mający
wszelkie szanse powodzenia i bardzo w stylu UWC (rozwiąż problem na
najniższym szczeblu, wciągnij innych, projekt międzynarodowy itd.).
Jeden z nich, właściciel firmy PR napisał mi nawet list, który
zwięźle a skutecznie przedstawiał sprawę i nasze cele. Uzyskałam też
obietnicę pomocy byłych nauczycieli AC, obecnie pracujących w innych
szkołach z internatem.
Pierwsze stypendia w szkole innej niż UWC otrzymaliśmy w 1993 r. –
jedno, częściowo odpłatne, w Ardingly College (25% czesnego), a we
wrześniu, nagle przyszła wiadomość o dwóch darmowych miejscach w
Downside School. Te ostatnie pozyskaliśmy po prostu dzięki rodzinie
–zamieszkali w Anglii kuzyni mojego męża ukończyli tę świetną szkołę
przed laty i pozostali z nią w stałym kontakcie. Oni właśnie zdołali
przekonać dyrekcję aby przyszła z pomocą polskiej młodzieży.
W roku 1993 po raz pierwszy odbyło się spotkanie noworoczne, po często
powtarzanych namowach Profesora. Nie mogłam nawet wziąć w nim udziału,
bo dzieci były chore. Wiem, że odbyło się bardzo skromnie, w jakiejś
szkole, ale okazało się tak ważne i potrzebne, że zostało wprowadzone
do naszego kalendarza stałych imprez.
Pamiętam też sprawę choroby stypendystki z pierwszej kwalifikacji.
Konieczna była natychmiastowa operacja, której jednak nie można
było przeprowadzić w Polsce, z powodu braku dostatecznie precyzyjnej
aparatury. Profesor Czartoryski zaapelował wtedy do studentów.
Nasza składka dała mikre efekty, ale zbiórka na ten cel w
Adriatic College, przeprowadzona na prośbę Profesora przyniosła sumę,
która nie tylko pokryła koszty zagranicznej operacji, ale,
przekazana poznańskiej Akademii Medycznej, pozwoliła na zakup
brakującej aparatury.
Reunion
1993 w Czerniejewie, był
pierwszą imprezą na dzisiejszą skalę.
Dwie poprzednie, obie w Konewce koło Spały były jeszcze bardzo
kameralne. Tym razem zjawiło się około osiemdziesięciu osób. Był
to już rezultat naszych usilnych starań o nawiązanie i utrzymanie
kontaktu z absolwentami, stypendystami i ich rodzicami. Impreza miała
wystawną wręcz oprawę, łącznie z jazdami bryczką i kapelą ludową,
która przygrywała podczas pieczenia kiełbas, a zakwaterowani
byliśmy w starym pałacu. Po raz pierwszy sprzedawaliśmy koszulki z logo
Towarzystwa, wyprodukowane taniutko w Łodzi (pamiętam, że zamiast
koloru granatowego użyto omyłkowo czarnego, co pozwoliło nam zbić cenę
do absurdalnego poziomu). Reunion odbywał się w Wielkopolsce jeszcze
przez kilka kolejnych lat.
A późną jesienią 93 zachorował sam profesor Czartoryski.
Bagatelizował nasze pytania. twierdząc, że to zwykła operacja woreczka.
Był to jednak początek choroby nowotworowej, o której nigdy
nikomu z nas nie wspomniał, aż do końca.
W 1994 r pojawiły się kolejne pozytywne odpowiedzi na nasze apele o
miejsca stypendialne. Wiosną dowiedzieliśmy się, że dyrektor Clifton
College i przewodniczący rady nadzorczej tej szkoły ulegli długim
namowom porzednich uczniów z Polski i chcą poznać Profesora
Czartoryskiego, oraz przyjrzeć się naszej kwalifikacji. Jeśli
zapewnienia co do bardzo wysokiego poziomu kandydatów potwierdzą
się, być może zaoferują naszym kandydatom miejsce w Clifton. Byliśmy
oczarowani pierwszym spotkaniem z naszymi gośćmi i wdzięczni za ich
udział w kwalifikacji. Jednak na wiadomość, że dyrekcja zaprasza do
szkoły pięć osób, osłupieliśmy. Bałam się, że Profesor odchoruje
tę wizytę, bo organizował czas gościom z takim oddaniem, że wydawało
się, że może mu po prostu zabraknąć sił. Ale wysiłek włożony w
przygotowanie tej wizyty wydał ogromne plony. Panowie zapałali do
siebie wielką osobistą sympatią, a Clifton College stał się szkołą,
która nie tylko przyjęła najwięcej stypendystów, ale
jeszcze większości z nich pomogła dostać się do Oxford i Cambridge.
Ale to nie był jeszcze koniec niespodzianek 1994. Po wstawiennictwie
jednej z dyrektorek VSO, udało mi się dostać miejsce dla dziewczynki w
Roedean School, jednej z najbardziej renomowanych szkół dla
dziewcząt w Wielkiej Brytanii. Zdobyłam się też na odwagę napisania do
Gordonstoun, szkoły założonej przecież przez Kurta Hahna, w związku z
czym liczyłam na niejaka sympatię dyrekcji. Otrzymaliśmy to miejsce!
Wreszcie Downside, gdzie uczyło się już dwóch naszych
kandydatów, dał tym razem jedno miejsce, ale obiecali mi
przyjmować co roku jedną osobę. Profesor Czartoryski, zachęcony
pomyślnymi wynikami, też przyłączył się do poszukiwań i od razu
odniósł pierwszy sukces. Był to Dulwich College, który
dał nam wówczas stypendium zaledwie roczne, ale mieliśmy
nadzieję, że jeśli współpraca będzie dobra, coś z tego jeszcze
wyniknie.
W rezultacie bilans kwalifikacji na rok 1994 przedstawiał się
następująco:
- 6 stypendiów do UWC
- 5 stypendiów do Clifton
- 1 stypendium do Downside
- 1 stypendium do Dulwich
- 1 stypendium do Roedean
- 1 stypendium do Gordonstoun
- 6 miejsc w szkołach językowych w Wielkiej Brytanii
- 3 pobyty trzymięsieczne w Schule Birklehof w RFN
- 1 miejsce na obozie UWC na Litwie
W czerwcu okazało się, że będzie jeszcze siódme stypendium
do
UWC. Dzięki staraniom Colina Jenkinsa firma United Biscuits,
przejmująca właśnie fabrykę SAN w Jarosławiu ufundowała stypendium do
AC dla dziecka jednego z pracowników, które miała wybrać
nasza komisja kwalifikacyjna. Ze względu na termin, musiał się tym w
końcu zająć sam Profesor, bo wszyscy wyjeżdżali już na wakacje.
Mówił później że mimo ogromnych nacisków, aby
wybranym został syn jednego z dyrektorów, doprowadził do
bezstronnej kwalifikacji, w wyniku której stypendium dostała
córka jednej z pracownic. Niestety, mama zapłaciła za to
wyróżnienie zwolnieniem z pracy.
Jesień 1994 przyniosła dalszy postęp w kwestii nowych
stypendiów. Profesor i ja zostaliśmy zaproszeni na konferencję
Round Square w Birklehof, w RFN.
Round Square jest nazwą, która powinna być znana absolwentom
UWC, jeżeli czytali biografię Kurta Hahna, założyciela Atlantic
College. Hahn był również twórcą Round Square,
organizacji szkół niepaństwowych, propagujących idee wychowawcze
zgodne z filozofią UWC. Do Round Square należy słynne Gordonstoun, St
Anne’s, Wellington College, Abbotsholme, BoxHill, a także szkoły z
innych państw (USA, Australii, Kanady, Kenii, Indii i Niemiec). Szkoły
Round Square na pewno różnią się od UWC składem społecznym –
przyjmują przede wszystkim dzieci z zamożnych rodzin, które
płacą wysokie czesne, choć jest tam również pewna liczba
stypendystów. Jedna z nich, kenijska szkoła Starehe jest przede
wszystkim instytucją charytatywną – jest to dom sierot, który
jednak przyjmuje też uczniów płacących za naukę. Tych nigdy nie
brak, bo szkoła utrzymuje bardzo wysoki poziom nauczania.
Dyrektor Schule Birklehof, Goetz
Plessing, był nam od dawna znany.
Kontaktował się ze mną przez swoich uczniów jeszcze w okresie
konferencji w Budapeszcie, wyrażajac chęć współpracy i pomocy.
Od 1991 r. co roku zapraszał do Birklehof na trzymiesięczne pobyty tych
niedoszłych stypendystów UWC, którzy znali niemiecki.
Wziął udział we wspomnianym już spotkaniu UWC w Kazimierzu, jako nasz
gość. Teraz zaś zaprosił nas do udziału w konferencji, na którą
przyjechały dyrekcje wszystkich szkół Round Square.
Pobyt w Birklehof, przepięknej miejscowości w Szwarcwaldzie, wspominam
jak bajkę. Nasz zachwyt budziła niekonwencjonalna forma prezentacji
problemów. Zamiast nudnych referatów były to warsztaty
teatralne, psychodramy, gry; wszystko z udziałem uczniów
partycypujących szkół.
Ten tydzień spędziłam na intensywnym lobbingu. Czy był to lunch, czy
piesza wycieczka po malowniczej okolicy, starałam się nawiązać rozmowę
z sąsiadami i ustalić who is who identyfikując członków rad
nadzorczych i dyrektorów poszczególnych szkół.
Podzieliliśmy się rolami z Profesorem: on rozmawiał z wytypowanymi
osobami na tematy ogólno – filozoficzne, a ja starałam się
utrafić we właściwy moment, aby poruszyć sprawę stypendium dla
Polaków. Raz się to udawało, raz nie, ale nawet, gdy
rozmówca nie był skory do darowizny, zdarzało się, że wskazał
inną szkołę lub osobę, do której można by się zwrócić.
Plonem tej skoordynowanej akcji była większość stypendiów,
które utrzymały się do dzisiaj – Boxhill, Abbotsholme,
Wellington, St Anne’s, to szkoły zrzeszone w Round Square. Z kolei do
Millfield trafiłam za radą jednego z naszych rozmówców w
Birklehof.
Konferencja zmieniła trochę mój sposób patrzenia na
miejsce UWC wśród innych instytucji oświatowych. Nadal uważam,
że UWC to niezwykła i bardzo wartościowa propozycja, wobec
której wszyscy mamy zobowiązania niemal osobistej natury, ale są
też inne szkoły, które stawiają sobie za cel otwartą, proaktywną
i prospołeczną postawę uczniów. Nawiązanie współpracy z
takimi szkołami może tylko wzbogacić i wzmocnić wizerunek Towarzystwa ,
stwarzając podstawy niezależności.
Szczególnie ważny wydawał się wątek leżący zresztą u podstaw
tzw. filozofii UWC – wątek stworzenia szansy edukacyjnej dla dzieci z
niezamożnych rodzin. W Polsce wyłaniała się już grupa najbogatszych,
zdolnych do finansowania potomstwu nauki w prywatnych szkołach za
granicą i potem na prestiżowych wyższych uczelniach całego świata. W
ten sposób wykształcona kadra uzyskiwała nad swoimi
rówieśnikami przewagę nie do odrobienia. W krajach
cywilizowanych zapobiega się powstawaniu takiej nierównowagi
poprzez system pomocy państwa, zazwyczaj za pośrednictwem organizacji
pozarządowych, dla najzdolniejszych, ale nie najbogatszych,
którym umożliwia się naukę, również za granicą. W
Polsce, niestety, takie aspiracje wciąż uchodzą za fanaberie. Dla
aspiracji młodego pokolenia nie było obojętne, czy będziemy w stanie
zaoferować pięć, czy też raczej dwadzieścia stypendiów rocznie.
Rok 1994 był pierwszym rokiem praktyk wakacyjnych, które do
dzisiaj uważam za jeden z najlepszych pomysłów na działalność
Towarzystwa. Był to od początku do końca „autorski projekt” Andrzeja.
Pomysł wczesnej orientacji zawodowej stypendystów zapewnił mu
kontakt z nimi już po ukończeniu College’u, nam z kolei pomaga
zidentyfikować partnerów, których już niedługo zaczniemy
prosić o udzielenie pomocy finansowej. System praktyk pozwala
zilustrować cały sens naszej działalności w kategoriach zrozumiałych
dla businessu; pozwala pokazać je jako inwestycję w zasoby ludzkie.
Coroczne szukanie firm oferujących praktyki miało jednak też aspekt
dość smutny: otóż telefony i listy od chętnych urywały się
natychmiast po podjęciu przez kandydata wakacyjnej pracy. Bardzo rzadko
zdarzały się podziękowania za pomoc, a do zupełnych wyjątków
należały późniejsze komentarze na temat użyteczności praktyki w
danej firmie. Prowadziło to czasem do krępujących sytuacji, gdy
wychodziło na jaw, że nic nie wiemy o studiach czy funduszach na
kształcenie, w których zdobyciu pomógł właśnie
pracodawca. Niemiłe było też spostrzeżenie, że przesyłane nam przez
kandydatów CV przeznaczone dla szefów firm nie zawierają
żadnej wzmianki o Towarzystwie, jako źródle stypendium do szkoły
średniej. Jak się wydaje, powinniśmy wyraźnie formułować takie
oczekiwanie. Na razie jednak, musieliśmy tę formę działalności w
ogóle zawiesić, bo jednym z oczywistych efektów recesji i
trudności ze znalezieniem pracy jest nadmiar chętnych do staży i
praktyk w porównaniu z mniejszą niż kiedyś ilością pracy.
Rok 1995 znowu przyniósł nową jakość. Musieliśmy się odnieść do
oczywistego faktu, że wbrew oficjalnej dezaprobacie UWC dla
studiów zagranicznych, niemal wszyscy nasi stypendyści będą się
o nie starali, na ogół z powodzeniem. Już kilka osób
sforsowało niedostępne dotąd mury Oxford i Cambridge. Czy mieliśmy
uznać ich sukces za zło konieczne, za „błąd w sztuce”? Taka postawa
prowadziła w prostej linii do odcięcia się stypendystów i ich
rodziców od dalszych kontaktów z nami. Powinniśmy raczej
przyjąć ich własny punkt widzenia i popierać całym sercem wysokie
aspiracje naukowe i zawodowe, starając się jednak w miare naszych
skromnych możliwości o to, aby zachowali pragnienie wykorzystania ich
dla Polski, bodaj w dłuższej perspektywie. Oznaczało to jednak
odsunięcie na coraz dalszy etap chwili, w której Towarzystwo
przejdzie w ręce wykształconych absolwentów UWC.
Z konieczności zaczęliśmy myśleć o wciągnięciu do współpracy
rodzin stypendystów, czego poza nami nie robi chyba nikt w
obrębie UWC. Wprawdzie nie zbliżało nas to wcale do niedoścignionego
wciąż ideału „grona osób wpływowych”, które mogłoby
przydać Towarzystwu wiarygodności i ułatwić zbieranie funduszy, ale w
każdym razie pozwalało funkcjonować z jaką taką regularnością. Pierwszą
osobą, która nieco ulżyła w wielu rutynowych czynnościach
była babcia jednego z kandydatów. Następnie, przejęcie
finansów Towarzystwa przez mamę innego stypendysty pozwoliło
definitywnie skończyć z opłacaniem usług księgowych, i oddalić widmo
komornika. Już wspominałam o czynnym udziale rodzin
uczniów w realizacji kolejnych dorocznych zjazdów.
. Rodzicom zawdzięczamy też sporo promocji, jaką Towarzystwo uzyskało w
lokalnej prasie i telewizji. Inny znowu tata, profesor akademicki,
bardzo nam dopomógł w stopniowym załatwieniu kwestii przyjęć na
studia przez uczelnie polskie. Wreszcie przejęcie obowiązków
sekretarza przez jedną z mam raz pierwszy stworzyło sprawną
obsługę najkonieczniejszej „papierologii”.
Rok 1995 i 96 wspominam jako czas osiągnięcia masy krytycznej. Wciąż
jeszcze byliśmy (i nadal jesteśmy) bardzo dalecy od wizji barwnej,
prężnej organizacji, propagującej w mediach „wartości UWC” i
zbierającej dotacje od zaprzyjaźnionych sponsorów, ale
przestałam się już obawiać, że którejś wiosny kwalifikacja
stypendialna nie odbędzie się z powodu zupełnego braku rąk do pracy.
Wiosną 1999 podczas kolejnej wizyty Andrew Thornhilla zauważyłam po raz
pierwszy, że Profesor źle wygląda – wydawał się przemęczony,
poirytowany. Jednak rozwijał tak gorączkową aktywność, że wydawało się,
że po prostu przecenia swoje siły i usiłuje żyć na zbyt wysokich
obrotach. Niestety, była to choroba nowotworowa, którą do konca
ukrywal nie tylko przed nami, ale nawet najblizszą rodziną. 11
sierpnia, 1999, w dniu zaćmienia słońca, Paweł Czartoryski umarł.
Do dziś nie wiem, czemu naprawdę zawdzięczamy przetrwanie tej wielkiej
straty jaką było jego odejście. Wtedy naprawdę wszystko mogło się
rozpaść.. Może to poczucie zobowiązania wobec ogromu pracy już
wykonanej? Wobec nadziei jaką w nas pokładał? Jego wiary w wartość tej
pracy?
Na pewno pomogło i to, że w chwili gdy odszedł poruszaliśmy się już po
utartych ścieżkach. Mieliśmy kalendarz rutynowych działań. Mieliśmy
mały ale stabilny ośrodek administracyjny tak świetnie prowadzony przez
nową Przewodniczącą, Krysię Troszczyńską. I wreszcie, praca została na
tyle rozdzielona, że każdy mógł skupić się na swojej funkcji.
W 2000 roku minęło dziesięć lat od Konferencji w Budapeszcie. W
listopadzie znalazłam się znowu na Konferencji UWC w Pradze. Co za
kontrast! Tym razem polska delegacja była największa. Towarzyszyła nam
też największa grupa studentów. Co więcej, pokazano nas jako
przykład bardzo dobrego National Committee, najbardziej prężnego w tej
części świata.
Słuchałam wypowiedzi przedstawicieli krajów ościennych: Rosji,
Litwy, Łotwy, Słowacji, nawet Węgier, od których przed laty
wszystko się dla nas zaczęło. Wydało mi się nagle, że czas się cofnął,
usłyszałam bowiem o tych samych problemach, od których zaczęła
się nasza przygoda: brak chętnych do pracy, brak funduszy, niechęć
oficjalnych instytucji, absolwenci nie wracają do kraju. Wtedy po raz
pierwszy utwierdziłam się w przekonaniu, że zrobiliśmy chyba więcej,
niż z dzisiejszej perspektywy wydaje się możliwe, że dobrze
wykorzystaliśmy ten czas, który była nam dany dziesięć lat temu.
Kto mógłby wówczas uwierzyć, że kwalifikacja 2003 pozwoli
nam rozpocząć trzecią setkę przyznanych stypendiów?
A kto wie, co może przynieść przyszłość? |
|