O Towarzystwie > Historia


MARZENA REICH




Poniższy tekst nie miał być szczegółową kroniką, lecz bardzo osobistą relacją z wydarzeń, które – tak jak je zapamiętałam, doprowadziły do powstania Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata w jego dzisiejszej formie. Pisałam wyłącznie o faktach, których byłam świadkiem i z góry przepraszam za ewentualne pominięcia lub nieścisłości.

Poczatek Towarzystwa to dla mnie rok 1974, kiedy to zupełnie nieoczekiwanie dowiedziałam się, że moje liceum otrzymało zaproszenie dla dwóch osób, uczniów klas III, do wzięcia udziału w procedurze kwalifikacyjnej do Atlantic College w Wielkiej Brytanii. W warunkach ówczesnych była to sprawa sensacyjna, takie przygody po prostu nie zdarzały się ludziom spoza kręgu uprzywilejowanych. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, nie tylko zostałam wskazana przez moje liceum jako kandydatka, ale po rozmowie kwalifikacyjnej w Warszawie naprawdę uzyskałam to stypendium i następne dwa lata spędziłam w Atlantic College. Razem ze mną znalazło się tam jeszcze troje Polaków, w sumie więc było nas czworo.

Już na miejscu dowiedziałam się, że tę przygodę życia zawdzięczam staraniom profesora Pawła Czartoryskiego, osoby, o której dotychczas w ogóle nie słyszałam. Przekonał on ówczesnego ministra oświaty, by instytucja ta ufundowała stypendia dla młodzieży polskiej w międzynarodowej szkole śreniej w Wielkiej Brytanii. . W dodatku zostało to zorganizowane w taki sposób że wyboru dokonała British Council, odporna na ewentualne sugestie co do najwłaściwszych kandydatów. . Jak to się stało, że cały projekt uzyskał polityczną akceptację, bez której przecież mowy być nie mogło o tak śmiałych posunięciach nie wiem do dzisiaj; musiał to być jakiś przedziwny splot korzystnych zbiegów okoliczności.  Po przybyciu na miejsce dowiedziałam się,(kolejna niespodzianka)  że w Atlantic College, o którym nic dotąd nie wiedziałam, uczyła się już spora grupa Polaków, na stypendiach prywatnych. Były to osoby o znanych mi nazwiskach, dzieci intelektualistów z KIKu, polskich dyplomatów, itp. Teraz jednak po raz pierwszy z szansy nauki w AC miały skorzystać takie jak my zwykłe dzieci zwykłych ludzi.

Profesora Czartoryskiego poznałam w grudniu 1974, gdy wraz z rodzicami wszyscy polscy stypendyści zostali zaproszeni na opłatek, po czym nasz kontakt urwał się na wiele lat.

Fakt, że mieliśmy stypendia rządowe okazał się niezmiernie istotny dla dalszej historii. Właśnie dlatego żadna z nas nie starała się o studia zagraniczne, w obawie przed możliwymi konsekwencjami: zarówno bezpośrednimi represjami wobec rodziców, jak i likwidacją wsparcia rządu polskiego dla UWC. Wówczas wydawało się nam, że jest to decyzja heroiczna, ale czas pokazał, że wszyscy na niej wygrali. Nabór do UWC został utrzymany, nawet gdy rząd wycofał się z finansowania stypendiów, dla mnie osobiście studia w Polsce zaowocowały niezwykłymi przeżyciami sierpnia 80, moje koleżanki koniec końców i tak osiedliły się za granicą, ale już bez żadnych niemiłych konsekwencji. Jednak przez wiele lat wydawało się, że w naszym wypadku przygoda z UWC definitywnie skończyła się wraz z maturą w 1976.

Tymczasem co roku odbywał się nabór do szkół UWC, których liczba stale rosła, a wraz z nią zwiększała się dostępna liczba stypendiów. Nabór prowadziło Ministerstwo Edukacji, stypendia przydzielała komisja złożona z pracowników ambasad krajów, w których szkoły te działały. Informacje o stypendiach nie były rozpowszechniane, a kandydaci nie mogli zgłaszac się sami. Tak, jak to było w naszym przypadku, kierowały ich szkoły, o ile oczywiście zostały o to poproszone przez Ministerstwo. Nowo mianowani stypendyści nie wiedzieli nic o szkołach do których wkrótce mieli jechać, ani nawet, czy byli tam już kiedyś uczniowie z Polski. Nikt nie kontaktował ze sobą stypendystów ani absolwentów, których losami też zresztą nikt się nie interesował. W ten sposób, do roku 1990 ukonczyło szkoły UWC około 50 osób.

W roku 1988 zostałam tzw. UWC Contact Person na Polskę, wskutek namów koleżanki, . która figurowała w tej roli we wszelkich spisach UWC.  W Polsce nie działo się nic, co by wymagało jej udziału, jeżeli nie liczyć okazjonalnej korespondencji ze szczególnie dociekliwymi kandydatami do UWC. Koleżanka  właśnie wyjeżdżała z Polski na dłużej, chciała więc sumiennie pozostawić po sobie następcę. Po wielu usilnych zapewnieniach,, że z taką funkcją nie łączą się żadne istotne obowiązki, zgodziłam się. Nie wiedziałam wówczas nawet, czy w Polsce mieszkają jeszcze jacyś absolwenci UWC. Wprawdzie w 1985 r usiłowałyśmy zorganizować spotkanie koleżeńskie w Warszawie, ale ujawniły się tylko cztery osoby.

Dość długo rzeczywiście nic się nie działo. Dopiero początek roku 1990 przyniósł radykalne zmiany. W styczniu odwiedziła mnie Jane Horton, pełniąca funkcję Network Secretary w biurze londyńskim. Poruszyła elektryzujący temat: oto na forum UWC pojawiła się myśl o potrzebie stworzenia College’u w jednym z krajów Europy Wschodniej. W którym mianowicie – zależeć będzie od tempa powstania i sprężystego działania lokalnej grupy inicjatywnej. Pierwszym zaś zadaniem miało być powołanie polskiego Networku, czyli organizacji absolwentów UWC. . Rozmowa zakończyła się zaproszeniem do Budapesztu, gdzie w lutym miała się odbyć pierwsza konferencja regionalna europejskiego Networku.

Pamiętam tę trzydniową imprezę bardzo wyraziście. Po raz pierwszy zobaczyłam absolwentów UWC od lat sześćdziesiątych wzwyż, przepojonych entuzjazmem wobec perspektyw otwierających się po upadku muru berlińskiego i szczerze przejętych tym, co mogą one oznaczać dla UWC. Patrzyłam z podziwem na prezentacje poszczególnych grup narodowościowych, ich biuletyny informacyjne, ich książki adresowe, ich kalendarz całorocznej pracy. Zauważyłam, jak wielką rolę odgrywają w Networku absolwenci z dawnych lat, ludzie dojrzali, którzy służą studentom pomocą finansową, własnym zapleczem biurowym i kontaktami. Jak dojść do takiego etapu, od czego w ogóle zacząć? Słyszało się już to i owo o „funduszach pomocowych” dla organizacji pozarządowych, ale przecież ta organizacja jeszcze nawet nie powstała, cóż dopiero mówić o osiągnięciach, bez których, jak myślałam, nie można prosić o finansowanie z zewnątrz.

Europa zza żelaznej kurtyny była wtedy modna, spotkałam się więc z ogromnym zainteresowaniem i życzliwością. Wracałam do domu z szumem w uszach od nadmiaru pomysłów i mocnym postanowieniem, że koniecznie muszę doprowadzić do powstania polskiego Networku. Czym miał być, co robić, a przede wszystkim – jak? Wszystko to jawiło mi się wtedy niezbyt jasno. Najważniejsze wydawało się zebranie większej grupy absolwentów i w zależności od ich wieku, sytuacji rodzinnej, możliwości finansowych i medialnych, zakres możliwej działalności ustali się sam.

Gdy rozesłałam pierwsze „wici” wg otrzymanej z Londynu listy adresowej absolwentów polskich, jedną z pierwszych osób, które skontaktowały się ze mną był syn profesora Czartoryskiego. To właśnie on przekonał swojego ojca, by jako de facto założyciel akcji UWC w Polsce, raz jeszcze zajął się tym projektem. Byliśmy jednak tak przytłoczeni masą drobnych i wielkich trudności, (od trudności z formułą prawną po brak przyzwoitych kopert do korespondencji), że nasze wstępne dyskusje były zupełnie jałowe.

Jednak już na początku kwietnia okazało się, że całkiem niezależnie od siebie otrzymaliśmy zaproszenie na Konferencję UWC (International Council Meeting) w Duino, którą uświetniał ówczesny Prezydent – Książę Karol. Tydzień spędzony w Duino okazał się decydujący dla losów przyszłego Towarzystwa. Wielu aktywnie pracujących członków National Committees (National Committees, czyli Komitety Krajowe to wolontariaty prowadzące nabór do szkół i pozyskujące środki na finansowanie stypendiów)chętnie dzieliło się z nami swoimi doświadczeniami sprzed lat, kiedy zakładali pierwsze Komitety.. Także ówczesna dyrekcja Biura w Londynie żywo interesowała się naszymi zamiarami, sugerując, że skuteczność wykazana przy zakładaniu National Committee będzie testem co do lokalizacji przyszłego nowego UWC. Wydawało nam się, że nie mamy prawa zlekceważyć takiej szansy dla polskiej młodzieży i mimo że wszystko wskazywało na beznadziejność naszych ambitnych planów, postanowiliśmy, że oprócz organizacji absolwenckiej musi też powstać jakaś forma National Committee.

Wielki problem polegał na tym, że we wszystkich krajach działających w UWC, członkami Komitetów Krajowych są ludzie o ustalonej pozycji zawodowej i sporych możliwościach, również finansowych. Rolą Komitetu jest zapewnienie funduszy na stypendia, kształtowanie właściwego wizerunku organizacji oraz nawiązanie i utrzymanie kontaktów, które ułatwią dwa pierwsze zadania. Tymczasem już wstępne doświadczenia pokazywały, że ten klasyczny model będzie bardzo trudny do realizacji w Polsce albo w ogóle niemożliwy. Ludzie szeroko znani, mający kontakty medialne oraz spore własne mozliwosci finansowe  a do tego z otwartą głową i wielkim sercem to przecież wszędzie rzadkość niesłychana; polują na takich wszelkie możliwe stowarzyszenia i fundacje, mające w dodatku czym kusić. My nie mieliśmy absolutnie nic.

W czerwcu 1990 doszło wreszcie do skutku pierwsze ogólnopolskie spotkanie absolwentów UWC, w Józefowie, koło Warszawy. W porównaniu z dzisiejszymi była to impreza nader skromna. Wynajęliśmy kilkanaście domków campingowych w ośrodku nad Świdrem, kupiliśmy chleb i kiełbasę do pieczenia nad ogniem. Było nas siedemnaście osób. W tej liczbie mieścili się zresztą również zagraniczni uczestnicy imprezy, których spotkałam w Budapeszcie i zaprosiłam, by zasilili nasze szeregi swoim entuzjazmem i „duchem UWC” Nie bardzo wiedzieliśmy, czym zapełnić czas, toteż skróciliśmy spotkanie do minimum. Uważaliśmy za sukces, że udało nam się w porę wydostać z Ministerstwa Edukacji adresy nowo mianowanych stypendystów, których zaprosiliśmy również, aby dowiedzieli się czegoś o szkołach do których wkrótce wyjadą. Impreza okazała się udana, i od tej pory jest urządzana co roku na początku lata, aby nowi stypendyści od razu spotykali starszych kolegów i tych, którzy pracują na ich rzecz nikomu nie znani.

Ten skromniutki początek pokazał, że chętni do działania są, ale przed nami ogromne trudności. Absolwenci UWC, którzy odpowiedzieli na nasze zaproszenie byli bardzo młodzi – albo jeszcze studiowali, albo dopiero zaczynali pracę, jednocześnie wychowując małe dzieci. Do tego byli bardzo mobilni – dostawali stypendia, lub oferty pracy za granicą i znikali. Nie mogliśmy liczyć na pomoc absolwentów z dawnych lat, bo szybko okazało się, że większość mieszka za granicą i nie odpowiada na nasze apele. Próbowaliśmy usilnie pozyskać do współpracy znajomych lub krewnych: dziennikarzy, adwokatów, naukowców, którzy zechcieliby „patronować” komitetowi UWC, ale szło to jak po grudzie. Był to moment, kiedy wielu dawnych znajomych zaczynało kariery w nowym środowisku, sądziliśmy więc, że teraz, mając większe niż kiedyś możliwości, zechcą nam pomóc. Czekał nas spory zawód. Jedni krytykowali sama ideę „kosmopolitycznej” szkoły, inni negowali potrzebę międzynarodowego kształcenia młodzieży (przecież wystarczą studia podyplomowe dla naukowców), inni od razu pytali o fundusze, jakie nam obiecano „w Unii” i bardzo lekceważąco przyjmowali informację o stanie faktycznym. Jeszcze inni, szczerze i po przyjacielsku radzili mi zająć się dziećmi, „bo to nie ma prawa się udać”. Szczególnie nieprzyjemne były wizyty w ambasadach krajów, gdzie znajdują się Colleges. W mojej bezdennej naiwności wyobrażałam sobie, że tam właśnie, gdzie werbalnie tak mocno popierano „społeczeństwo obywatelskie” nasza inicjatywa spotka się z życzliwością, tymczasem potraktowano nas jak wyjątkowo bezczelnych naciągaczy. Mnie oczywiście korona z głowy nie spadła, ale sądzę, ze dla Profesora musiały to być okropne przejścia.

W końcu udało nam się zarejestrować stowarzyszenie, które objęło  zarówno Network, jak i Komitet Krajowy. Powodem takiej konstrukcji była szara rzeczywistość: skoro jedynymi zainteresowanymi byli absolwenci UWC, podział na organizacje absolwentów i Komitet był przedwczesny.

Pierwszym problemem, o który na samym początku niemal zniszczył toworzące się dopiero stowarzyszenie, był obieg informacji. W tamtych czasach nawet telefon był dobrem rzadkim, e-mail nie istniał, spotkania w domach utrudniały malutkie dzieci i uciążliwość dojazdów. Przy marnym dostępie do informacji trudno było skoordynować pracę  a chociażby dobrze się poznać; wiele trzeba było przeżyc rozczarowań, nim zorientowaliśmy się na kim naprawdę można polegać, u kogo zaś dobre chęci wyprzedzają realne możliwości.

Nie zawsze było to przyjemne, ale chyba nieuniknione. To dzięki tym burzliwym doświadczeniom w końcu „dotarł się” aktywny zespół konstruktywnie współpracujących, który do dzisiaj jest filarem Towarzystwa. Nazwa– Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata narodziła się niemal mimochodem, gdy wypełnialiśmy formularze rejestracyjne, jednocześnie wpychając jakieś kluseczki w otwarte buzie. Było to zwykłe tłumaczenie United World Colleges. W ogóle nie poświęcaliśmy tej sprawie uwagi. Myśleliśmy, że najważniejsza jest rejestracja i szybkie wykazanie, że stać nas na samodzielną działalność, po czym otrzymamy fachowe wskazówki oraz wsparcie materialne z Londynu, o czym przez cały czas niejasno napomykano – i będzie już łatwiej. Rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza.

Gdy wspominam te czasy, na pierwszy plan wysuwa się osoba profesora Pawła Czartoryskiego. Jego rola była nie do przecenienia. Był jedynym, który znał wymogi prawne tworzenia nowej organizacji; miał wielkie doświadczenie życiowe i społeczne, rozumiał też trudności związane z dotarciem się wzajemnym osób o różnych temperamentach i drogach życiowych. Miał talent dyplomatyczny i cieszył się autorytetem wśród władz oświatowych, co na pewno ułatwiło poprawne ułożenie wzajemnych stosunków. Ale moim zdaniem jego największą zasługa, największym wkładem było nadanie całemu przedsięwzięciu już nie tylko wiarygodności ale i blasku. Wszyscy, którzy współpracowali z Profesorem, czuli się tym w ten sposób niemal wyróżnieni i starali się ze wszystkich sił. W ostatecznym rachunku odegrało to większa role, niż kontakty i znajomości „Dziadka” – bo tak go nazywaliśmy. Chyba tylko dzięki temu nie ulegliśmy zniechęceniu i demobilizacji. Już sama praca z nim była radością.

W tym czasie, mimo wspomnianych już trudności i nieporozumień skupiliśmy się skutecznie na trzech sprawach. Pierwsza, to dotarcie do mediów z informacjami o UWC, o którym niemal nic nie było w Polsce wiadomo. W latach 1990 – 91 wielokrotnie wystąpiliśmy w TV i programach radiowych.

Sprawa druga – to udział w kwalifikacji stypendialnej, od której byliśmy jeszcze zupełnie odsunięci. Ku naszemu zdumieniu przeciwko dopuszczeniu nas choćby tylko do pomocy zaprotestowała British Council, twierdząc ze Ministerstwo Edukacji robi to tak dobrze i od tylu lat, że udział amatorów może tylko popsuć dobrą robotę. Sprawy wziął w swoje ręce prof. Czartoryski, który uzyskał od MEN zgodę na dołączenie do grona kandydatów osób wskazanych przez Towarzystwo (właśnie uzyskaliśmy rejestrację sadową). Było już jednak bardzo późno i martwiliśmy się, jak dotrzeć do odpowiednich kandydatów.

Próżne obawy. W tym samym czasie postanowiliśmy ogłosić konkurs na esej w języku angielskim dla uczniów szkół średnich, gdyż udało nam się zdobyć kilka atrakcyjnych nagród Konkurs miał zostać ogłoszony w programie dla młodzieży LUZ, a mój domowy adres, pięknie wypisany na planszy, ukazał się na ekranie TV jako miejsce nadsyłania prac konkursowych. Stało się jednak tak, że adres ten wyświetlono bezpośrednio po informacji o naborze do UWC. W rezultacie pierwsi zainteresowani pojawili się u nas w domu już w kwadrans po programie. Następny tydzień wspominam jako koszmar. Sterty listów i telegramów, ciągłe dzwonki do drzwi, tłumy ludzi w naszym zagraconym niemożliwie mieszkanku wśród brykających maluchów. Dostaliśmy chyba dobrze ponad tysiąc zgłoszeń. Było z czego wybrać! Zaprosiliśmy trzydziestkę kandydatów, z której po rozmowie wybraliśmy ostatecznie osiem osób. Ta ósemka wzięła udział w kwalifikacji MENowskiej, czyli w rozmowie prowadzonej przez reprezentantów ambasady USA, Kanady, Włoch i British Council. Na pięć dostępnych miejsc stypendialnych kandydaci Towarzystwa otrzymali aż cztery; miejsca rezerwowe też „nam” przyznano. Ten wynik pozwolił na przejęcie całej operacji w wyłączną gestię Towarzystwa, choć zwyczaj zapraszania międzynarodowej komisji do dokonania ostatecznego wyboru utrzymał się jeszcze do 1993 r. Dopiero rok 1994 przyniósł zmianę tej sytuacji, i kwalifikacja przybrała dzisiejszą formę. Początkowo musieliśmy prosić o pomoc w czytaniu prac i rozmowach osoby z zewnątrz, bo nie bylibyśmy w stanie nawet przerobić nadesłanego materiału, ale w miarę wzrostu liczby członków, stopniowo ostaliśmy się samowystarczalni.

Trzeci wymiar działalności w tym okresie to próby pozyskania środków na działalność; w dalszej kolejności liczyliśmy na fundusze stypendialne. Pierwsze pieniądze napłynęły z własnej działalności gospodarczej. Dziś mało kto wie, że w 1991 r spróbowaliśmy stworzyć szkołę języka angielskiego zatrudniającą samych native speakerów. Szkoła okazała się zbyt ambitnym przedsięwzięciem. Nauczyciele przybywający do Polski bardzo szybko rezygnowali z pracy w naszej szkole, gdyż otrzymywali o wiele korzystniejsze finansowo oferty od innych instytucji. Równie trudna w realizacji okazała się szkoła letnia w Olecku, gdzie w pewnym momencie trzeba było osobiście przejąć nauczanie, bo skłóceni nauczyciele opuścili ośrodek (!). Jednak skutkiem tych wysiłków było, po rozliczeniu, trzydzieści milionów (w starych złotych!) na koncie Towarzystwa; suma w tamtych czasach nie do pogardzenia, choc naturalnie bardzo skromna. .

Działalność nasza miała jeden nieprzewidziany skutek. Towarzystwo było oficjalnie zarejestrowane pod adresem mojego mieszkania przy ul. Osikowej. Pewnego dnia zjawił się tam komornik i zaczął dokonywać spisu wartościowych przedmiotów na zabezpieczenie niezapłaconych podatków. Chodziło zarówno o podatek od „wzrostu” wynagrodzeń nauczycieli zatrudnionych w szkole (czy ktoś pamięta jeszcze, co to był popiwek?), jak też o roszczenie wobec mnie osobiście – skoro użyczamy mieszkania na siedzibę Towarzystwa, to należy nam się czynsz, od którego fiskus chce otrzymać podatek. Fakt, że czynszu nie pobieramy nie ma żadnego znaczenia. Dzieci uderzyły w histeryczny ryk obawiając się, że zaraz nas wszystkich zlicytują. Oczywiście, w końcu jakoś się wybroniliśmy, ale zajęło to parę nerwowych miesięcy; część podatków zapłaciliśmy, od części nas zwolniono po długich wyjaśnieniach. Ostatecznym efektem tej historii było przeniesienie adresu siedziby Towarzystwa pod dzisiejszy adres, co załatwił Profesor.

Stabilniejszy dopływ gotówki zaproponował VSO (Volunteer Sevice Overseas), angielska organizacja charytatywna, która przez kilka lat przysyłała do Polski wykładowców zatrudnionych w Kolegiach Językowych. Andrew Stuart, ex Headmaster AC, ówczesny ekspert VSO, zaproponował Towarzystwu opracowanie i przeprowadzenie kursów aklimatyzacyjnych dla przyjeżdżających ochotników. VSO płaciła wszystkie koszty, a wynagrodzenie Towarzystwa – kilkaset funtów za kurs – wpływało jako darowizna na konto w International Office. Te szkolenia przygotowałam osobiście, wraz ze szkolnym kolegą mojego męża, i w latach 1991 – 1995 przeszkoliliśmy osiem kolejnych grup w Nałęczowie. Uczestnicy uczyli się najpotrzebniejszych polskich zwrotów (tu boli! nie działa! Ile kosztuje?) i ćwiczyli je w sklepikach i kawiarniach Nałęczowa i Kazimierza, poznawali też z grubsza polskie zwyczaje i tradycje. Żałowałam bardzo, gdy w 1995 VSO zakończył współpracę z Polską.

Pod koniec 1991r Towarzystwo otrzymało niezwykłą ofertę. Dzięki wysiłkom Networku belgijskiego, wchodząca właśnie do Polski firma Eurocard postanowiła rozpocząć działalność od ufundowania stypendium dla kandydata polskiego. Naszym zadaniem miało być nagłośnienie tego gestu, poprzez zorganizowanie cocktailu dla sponsora (który sfinansował Eurocard) i zgromadzenie przedstawicieli mediów. Niestety, odzew w mediach był prawie żaden. Był to dla nas wyraźny sygnał, że takie fanaberie, jak finansowanie edukacji międzynarodowej nikogo nie interesuje. Niemniej jednak Towarzystwo uzyskało dodatkowe, szóste stypendium (w Hong Kongu). W późniejszych latach staraliśmy się utrzymać tradycje urządzania raz w roku uroczystego Cocktailu dla Sponsorów – w roku 1993 dziękowaliśmy Powszechnemu Bankowi Gospodarczemu w Łodzi oraz Bankowi Przemysłowo Handlowemu w Krakowie, które ofiarowały nam łącznie osiem tysięcy dolarów (dzięki nim sfinansowaliśmy dodatkowe stypendium w Atlantic College), a w 1994 – firmie United Biscuits z Jarosławia, za ufundowanie pełnego stypendium dla dziecka jednego z pracowników. Potem zabrakło już niestety sponsorów, którym moglibyśmy dziękować i zwyczaj nie przetrwał. Jego echem jest uroczystość zupelnie innego rodzaju: wręczenie dyplomów stypendysty nowo zakwalifikowanym uczniom, ktorej staramy się nadac jak najbardziej godny i medialny kształłt, wciąż w nadziei, że któregoś dnia stale zapraszane media rzeczywiście pojawią się i zauważą naszą pracę.

Rok 1992 przyniósł konferencję Networku w Kazimierzu nad Wisłą. Po raz pierwszy cała dyrekcja UWC przyjechała do Polski dyskutować – między innymi – nad kwestią nowego College’u w Europie Wschodniej. Konferencja była naprawdę wspaniale zorganizowana ale na nasze nadzieje wylano kubeł zimnej wody. Dowiedzieliśmy się wówczas, że sprawą pierwszoplanową jest, kiedy wreszcie studenci krajów postkomunistycznych zaczną finansować stypendia dla Trzeciego Świata usłyszeliśmy od Dyrekcji, że jakiekolwiek wsparcie finansowe z zewnątrz dla naszego Komitetu jest wykluczone i stanowiłoby bardzo zły precedens.. I na koniec, że College w Europie Wschodniej może powstać, jeżeli jego właściwy Komitet Krajowy pozyska na miejscu wszystkie środki potrzebne na jego zbudowanie oraz stworzy kapitał na fundusz stypendialny. Było jasne, ze takim oczekiwaniom nie sprostamy nawet za dwadzieścia lat. W ten sposób nadzieje na polski UWC legły w gruzach.

Wspominam te wypadki nie po to, bynad nimu ubolewać, ale by uzasadnić fakt, że od wtedy właśnie zrozumiałam, że jesteśmy zdani wyłącznie na własne siły, bez względu na otrzymywane dotąd deklaracje. Sił tych żadną miarą nie było tyle, byśmy mogli myśleć o stworzeniu College w Polsce, należało więc skupić się raczej na stworzeniu jak największej oferty stypendialnej.

Tymczasem nasze starania o fundusze wciąż rozbijały się o mur niemożności. Banki odsyłały nas do fundacji, fundacje do osób prywatnych, osoby prywatne do funduszy pomocowych UE… Pamiętam, gdy znajomy socjolog, specjalista od PR, wyjaśnił mi to tak: jesteście zbyt małą organizacją, macie za małą ofertę, aby opłacało się wydać na was takie sumy. Ale jak mieliśmy powiększyć ofertę bez pieniędzy?

Coraz lepiej rozumieliśmy, skąd biorą się nasze trudności – otóż postawiliśmy sobie sprzeczne cele. Nie było możliwe jednoczesne szybkie budowanie mocnej pozycji organizacji i zachowanie niezależności, gwarantującej pełna bezstronność przy wyborze stypendystów. „Znane osobistości” które można by prosić o użyczenie swego nazwiska otrzymywały wiele podobnych propozycji i to często związanych z atrakcyjnymi formami wynagrodzenia. Niekoniecznie były to pieniądze; liczyła się też możliwość refundowanych podróży po świecie, dostęp do funduszy na własne ulubione cele działalności, a chociażby dodatkowa „siła przetargowa” w postaci możliwości sprawienia innym ustosunkowanym osobom cennego prezentu czy usługi. Oto dlaczego całkiem szacowne fundacje polskie chętniej pomagają osobom wplywowym i znanym , niż najbardziej potrzebującym, zaś na pensje rad nadzorczych wydaja nieraz znacznie większe sumy niż na statutową działalność. My nie chcieliśmy jednak iść tą drogą, bo groziła całkowitym rozmyciem celów naszej pracy. Niestety, oznaczało to też że nieprędko wyjdziemy na prosta.

Podjęliśmy wówczas próbę zwrócenia się do środowisk polonijnych. Nasz znajomy, pracownik MSZ, który wyjeżdżał służbowo do USA i Kanady, dostał oficjalną zgodę na zajęcie się tą sprawą. Wrócił zachwycony Pearson College, który zwiedził przy okazji, ale merytorycznie nie uzyskał nic. Środowisko polonijne do dzisiaj nie zdobyło się na fundowanie stypendiów nawet dla „swoich”; kłótnie i wzajemna podejrzliwość okazały się tak wielkie, że jakiekolwiek gromadzenie funduszy niemal nigdy nie  wykroczyło poza budowę kościoła. I ta droga, jak się okazało, prowadziła donikąd.

Mieliśmy jeszcze nadzieję, że podsuniemy sprawę szkół polskim dyplomatom, wskazując, że np ośrodki kultury polskiej miałyby wdzięczne audytorium na ich terenie. Liczyliśmy też trochę na to, że nasi stypendyści znajdą w nich pewne oparcie, może np. mogliby tą drogą otrzymywać prasę krajową, której brak, w tych czasach przed-wirtualnych stanowił poważny problem, uzyskać pomoc – przez szkoły polskie – w przygotowaniu do matury z polskiego. Napisano w tej sprawie masę listów, Profesor osobiście składał wizyty w konsulatach i ambasadach, w których stanowiska obejmowali właśnie jego dobrzy znajomi. I nic to nie dało. Problem rozwiązał się dopiero wtedy, gdy każda ważniejsza gazeta stworzyła swoje strony internetowe. Co do lektur z polskiego, apelowaliśmy do kolejnych generacji stypendystów o podarowanie bibliotekom college’owym każdej wykorzystanej pozycji. W końcu któraś mama wzięła na siebie problem skompletowania wszystkich potrzebnych podręczników – i kłopot się skończył. Raz jeszcze poradziliśmy sobie sami.

Skoro więc byliśmy skazani na niezależność, należało konsekwentnie iść tą drogą. Jedynym wyjściem było szukanie nowych stypendiów w szkołach, które ofiarowałyby je za darmo.

Częściowym rozwiązaniem okazała się propozycja pani pracującej wówczas w British Council, do której ktoś mnie skierował podczas wędrówek w poszukiwaniu funduszy. Była ona pierwszą osobą, która potraktowała nas poważnie. Wprawdzie nie mogła wspomóc naszych finansów, ale była w stanie uzyskać z BC dofinansowanie dla innego projektu, który sama wymyśliła. Prosiła angielskie szkoły językowe o bezpłatne miejsca dla finalistów naszej kwalifikacji, zaś koszty ich utrzymania pokrywała, częściowo lub całkowicie wspomniana dotacja British Council. Była to wspaniała inicjatywa! Dzięki niej, co roku pięć, sześć osób, które nie dostały stypendium do UWC, otrzymywało, jako nagrodę pocieszenia, kilkutygodniowy pobyt w szkole letniej w Wielkiej Brytanii. Nie muszę mówić jakie to miało znaczenie dla kandydatów z niezamożnych środowisk! W 1994 mieliśmy już nadzieję na usankcjonowanie tej praktyki przez ówczesnego dyrektora British Council, który przychylił się do naszej prośby i przyznał budżet w wysokości 1300 funtów rocznie. Niestety, wkrótce potem został odwołany, a po redukcji funduszy BC przez rząd JKM, nowy Dyrektor zlikwidował program. Rok 1995 był ostatnim rokiem wyjazdów do szkół językowych. Jednak ostatnio odnotowalismy powrót tej pięknej praktyki, choc już w dużo mniejszym wymiarze 1 stypendium-nagrody pocieszenia rocznie, które znowu funduje British Council.

Od roku 1992 zaczęłam na serio szukać miejsc stypendialnych w innych szkołach brytyjskich. Inspiracja płynęła z kilku źródeł. Po pierwsze doświadczenia niedoszłych stypendystów UWC, którzy po nieudanej próbie (brak miejsc) rozpoczęli na własną rękę starania o przyjęcie do angielskich szkół z internatem. Powiodło im się –zostali przyjęci przez Clifton College i Dulwich College. Po drugie, była to sugestia Naomi Hoare, żony pierwszego Headmastra AC, z którą rozmawiałam o naszych ogromnych problemach (było to podczas obchodów trzydziestolecia Atlantic College i całego UWC). Dyskutowałam o niej jeszcze z innymi absolwentami i wszyscy uważali te sugestię za świetny pomysł, mający wszelkie szanse powodzenia i bardzo w stylu UWC (rozwiąż problem na najniższym szczeblu, wciągnij innych, projekt międzynarodowy itd.). Jeden z nich, właściciel firmy PR napisał mi nawet list, który zwięźle a skutecznie przedstawiał sprawę i nasze cele. Uzyskałam też obietnicę pomocy byłych nauczycieli AC, obecnie pracujących w innych szkołach z internatem.

Pierwsze stypendia w szkole innej niż UWC otrzymaliśmy w 1993 r. – jedno, częściowo odpłatne, w Ardingly College (25% czesnego), a we wrześniu, nagle przyszła wiadomość o dwóch darmowych miejscach w Downside School. Te ostatnie pozyskaliśmy po prostu dzięki rodzinie –zamieszkali w Anglii kuzyni mojego męża ukończyli tę świetną szkołę przed laty i pozostali z nią w stałym kontakcie. Oni właśnie zdołali przekonać dyrekcję aby przyszła z pomocą polskiej młodzieży.

W roku 1993 po raz pierwszy odbyło się spotkanie noworoczne, po często powtarzanych namowach Profesora. Nie mogłam nawet wziąć w nim udziału, bo dzieci były chore. Wiem, że odbyło się bardzo skromnie, w jakiejś szkole, ale okazało się tak ważne i potrzebne, że zostało wprowadzone do naszego kalendarza stałych imprez.

Pamiętam też sprawę choroby stypendystki z pierwszej kwalifikacji. Konieczna była natychmiastowa operacja, której jednak nie można było przeprowadzić w Polsce, z powodu braku dostatecznie precyzyjnej aparatury. Profesor Czartoryski zaapelował wtedy do studentów. Nasza składka dała mikre efekty, ale zbiórka na ten cel w Adriatic College, przeprowadzona na prośbę Profesora przyniosła sumę, która nie tylko pokryła koszty zagranicznej operacji, ale, przekazana poznańskiej Akademii Medycznej, pozwoliła na zakup brakującej aparatury.

Reunion 1993 w Czerniejewie, był pierwszą imprezą na dzisiejszą skalę. Dwie poprzednie, obie w Konewce koło Spały były jeszcze bardzo kameralne. Tym razem zjawiło się około osiemdziesięciu osób. Był to już rezultat naszych usilnych starań o nawiązanie i utrzymanie kontaktu z absolwentami, stypendystami i ich rodzicami. Impreza miała wystawną wręcz oprawę, łącznie z jazdami bryczką i kapelą ludową, która przygrywała podczas pieczenia kiełbas, a zakwaterowani byliśmy w starym pałacu. Po raz pierwszy sprzedawaliśmy koszulki z logo Towarzystwa, wyprodukowane taniutko w Łodzi (pamiętam, że zamiast koloru granatowego użyto omyłkowo czarnego, co pozwoliło nam zbić cenę do absurdalnego poziomu). Reunion odbywał się w Wielkopolsce jeszcze przez kilka kolejnych lat.

A późną jesienią 93 zachorował sam profesor Czartoryski. Bagatelizował nasze pytania. twierdząc, że to zwykła operacja woreczka. Był to jednak początek choroby nowotworowej, o której nigdy nikomu z nas nie wspomniał, aż do końca.

W 1994 r pojawiły się kolejne pozytywne odpowiedzi na nasze apele o miejsca stypendialne. Wiosną dowiedzieliśmy się, że dyrektor Clifton College i przewodniczący rady nadzorczej tej szkoły ulegli długim namowom porzednich uczniów z Polski i chcą poznać Profesora Czartoryskiego, oraz przyjrzeć się naszej kwalifikacji. Jeśli zapewnienia co do bardzo wysokiego poziomu kandydatów potwierdzą się, być może zaoferują naszym kandydatom miejsce w Clifton. Byliśmy oczarowani pierwszym spotkaniem z naszymi gośćmi i wdzięczni za ich udział w kwalifikacji. Jednak na wiadomość, że dyrekcja zaprasza do szkoły pięć osób, osłupieliśmy. Bałam się, że Profesor odchoruje tę wizytę, bo organizował czas gościom z takim oddaniem, że wydawało się, że może mu po prostu zabraknąć sił. Ale wysiłek włożony w przygotowanie tej wizyty wydał ogromne plony. Panowie zapałali do siebie wielką osobistą sympatią, a Clifton College stał się szkołą, która nie tylko przyjęła najwięcej stypendystów, ale jeszcze większości z nich pomogła dostać się do Oxford i Cambridge.

Ale to nie był jeszcze koniec niespodzianek 1994. Po wstawiennictwie jednej z dyrektorek VSO, udało mi się dostać miejsce dla dziewczynki w Roedean School, jednej z najbardziej renomowanych szkół dla dziewcząt w Wielkiej Brytanii. Zdobyłam się też na odwagę napisania do Gordonstoun, szkoły założonej przecież przez Kurta Hahna, w związku z czym liczyłam na niejaka sympatię dyrekcji. Otrzymaliśmy to miejsce! Wreszcie Downside, gdzie uczyło się już dwóch naszych kandydatów, dał tym razem jedno miejsce, ale obiecali mi przyjmować co roku jedną osobę. Profesor Czartoryski, zachęcony pomyślnymi wynikami, też przyłączył się do poszukiwań i od razu odniósł pierwszy sukces. Był to Dulwich College, który dał nam wówczas stypendium zaledwie roczne, ale mieliśmy nadzieję, że jeśli współpraca będzie dobra, coś z tego jeszcze wyniknie.

W rezultacie bilans kwalifikacji na rok 1994 przedstawiał się następująco:
- 6 stypendiów do UWC
- 5 stypendiów do Clifton
- 1 stypendium do Downside
- 1 stypendium do Dulwich
- 1 stypendium do Roedean
- 1 stypendium do Gordonstoun
- 6 miejsc w szkołach językowych w Wielkiej Brytanii
- 3 pobyty trzymięsieczne w Schule Birklehof w RFN
- 1 miejsce na obozie UWC na Litwie

 W czerwcu okazało się, że będzie jeszcze siódme stypendium do UWC. Dzięki staraniom Colina Jenkinsa firma United Biscuits, przejmująca właśnie fabrykę SAN w Jarosławiu ufundowała stypendium do AC dla dziecka jednego z pracowników, które miała wybrać nasza komisja kwalifikacyjna. Ze względu na termin, musiał się tym w końcu zająć sam Profesor, bo wszyscy wyjeżdżali już na wakacje. Mówił później że mimo ogromnych nacisków, aby wybranym został syn jednego z dyrektorów, doprowadził do bezstronnej kwalifikacji, w wyniku której stypendium dostała córka jednej z pracownic. Niestety, mama zapłaciła za to wyróżnienie zwolnieniem z pracy.

Jesień 1994 przyniosła dalszy postęp w kwestii nowych stypendiów. Profesor i ja zostaliśmy zaproszeni na konferencję Round Square w Birklehof, w RFN.

Round Square jest nazwą, która powinna być znana absolwentom UWC, jeżeli czytali biografię Kurta Hahna, założyciela Atlantic College. Hahn był również twórcą Round Square, organizacji szkół niepaństwowych, propagujących idee wychowawcze zgodne z filozofią UWC. Do Round Square należy słynne Gordonstoun, St Anne’s, Wellington College, Abbotsholme, BoxHill, a także szkoły z innych państw (USA, Australii, Kanady, Kenii, Indii i Niemiec). Szkoły Round Square na pewno różnią się od UWC składem społecznym – przyjmują przede wszystkim dzieci z zamożnych rodzin, które płacą wysokie czesne, choć jest tam również pewna liczba stypendystów. Jedna z nich, kenijska szkoła Starehe jest przede wszystkim instytucją charytatywną – jest to dom sierot, który jednak przyjmuje też uczniów płacących za naukę. Tych nigdy nie brak, bo szkoła utrzymuje bardzo wysoki poziom nauczania.

Dyrektor Schule Birklehof, Goetz Plessing, był nam od dawna znany. Kontaktował się ze mną przez swoich uczniów jeszcze w okresie konferencji w Budapeszcie, wyrażajac chęć współpracy i pomocy. Od 1991 r. co roku zapraszał do Birklehof na trzymiesięczne pobyty tych niedoszłych stypendystów UWC, którzy znali niemiecki. Wziął udział we wspomnianym już spotkaniu UWC w Kazimierzu, jako nasz gość. Teraz zaś zaprosił nas do udziału w konferencji, na którą przyjechały dyrekcje wszystkich szkół Round Square.

Pobyt w Birklehof, przepięknej miejscowości w Szwarcwaldzie, wspominam jak bajkę. Nasz zachwyt budziła niekonwencjonalna forma prezentacji problemów. Zamiast nudnych referatów były to warsztaty teatralne, psychodramy, gry; wszystko z udziałem uczniów partycypujących szkół.

Ten tydzień spędziłam na intensywnym lobbingu. Czy był to lunch, czy piesza wycieczka po malowniczej okolicy, starałam się nawiązać rozmowę z sąsiadami i ustalić who is who identyfikując członków rad nadzorczych i dyrektorów poszczególnych szkół. Podzieliliśmy się rolami z Profesorem: on rozmawiał z wytypowanymi osobami na tematy ogólno – filozoficzne, a ja starałam się utrafić we właściwy moment, aby poruszyć sprawę stypendium dla Polaków. Raz się to udawało, raz nie, ale nawet, gdy rozmówca nie był skory do darowizny, zdarzało się, że wskazał inną szkołę lub osobę, do której można by się zwrócić. Plonem tej skoordynowanej akcji była większość stypendiów, które utrzymały się do dzisiaj – Boxhill, Abbotsholme, Wellington, St Anne’s, to szkoły zrzeszone w Round Square. Z kolei do Millfield trafiłam za radą jednego z naszych rozmówców w Birklehof.

Konferencja zmieniła trochę mój sposób patrzenia na miejsce UWC wśród innych instytucji oświatowych. Nadal uważam, że UWC to niezwykła i bardzo wartościowa propozycja, wobec której wszyscy mamy zobowiązania niemal osobistej natury, ale są też inne szkoły, które stawiają sobie za cel otwartą, proaktywną i prospołeczną postawę uczniów. Nawiązanie współpracy z takimi szkołami może tylko wzbogacić i wzmocnić wizerunek Towarzystwa , stwarzając podstawy niezależności.

Szczególnie ważny wydawał się wątek leżący zresztą u podstaw tzw. filozofii UWC – wątek stworzenia szansy edukacyjnej dla dzieci z niezamożnych rodzin. W Polsce wyłaniała się już grupa najbogatszych, zdolnych do finansowania potomstwu nauki w prywatnych szkołach za granicą i potem na prestiżowych wyższych uczelniach całego świata. W ten sposób wykształcona kadra uzyskiwała nad swoimi rówieśnikami przewagę nie do odrobienia. W krajach cywilizowanych zapobiega się powstawaniu takiej nierównowagi poprzez system pomocy państwa, zazwyczaj za pośrednictwem organizacji pozarządowych, dla najzdolniejszych, ale nie najbogatszych, którym umożliwia się naukę, również  za granicą. W Polsce, niestety, takie aspiracje wciąż uchodzą za fanaberie. Dla aspiracji młodego pokolenia nie było obojętne, czy będziemy w stanie zaoferować pięć, czy też raczej dwadzieścia stypendiów rocznie.

Rok 1994 był pierwszym rokiem praktyk wakacyjnych, które do dzisiaj uważam za jeden z najlepszych pomysłów na działalność Towarzystwa. Był to od początku do końca „autorski projekt” Andrzeja. Pomysł wczesnej orientacji zawodowej stypendystów zapewnił mu kontakt z nimi już po ukończeniu College’u, nam z kolei pomaga zidentyfikować partnerów, których już niedługo zaczniemy prosić o udzielenie pomocy finansowej. System praktyk pozwala zilustrować cały sens naszej działalności w kategoriach zrozumiałych dla businessu; pozwala pokazać je jako inwestycję w zasoby ludzkie. Coroczne szukanie firm oferujących praktyki miało jednak też aspekt dość smutny: otóż telefony i listy od chętnych urywały się natychmiast po podjęciu przez kandydata wakacyjnej pracy. Bardzo rzadko zdarzały się podziękowania za pomoc, a do zupełnych wyjątków należały późniejsze komentarze na temat użyteczności praktyki w danej firmie. Prowadziło to czasem do krępujących sytuacji, gdy wychodziło na jaw, że nic nie wiemy o studiach czy funduszach na kształcenie, w których zdobyciu pomógł właśnie pracodawca. Niemiłe było też spostrzeżenie, że przesyłane nam przez kandydatów CV przeznaczone dla szefów firm nie zawierają żadnej wzmianki o Towarzystwie, jako źródle stypendium do szkoły średniej. Jak się wydaje, powinniśmy wyraźnie formułować takie oczekiwanie. Na razie jednak, musieliśmy tę formę działalności w ogóle zawiesić, bo jednym z oczywistych efektów recesji i trudności ze znalezieniem pracy jest nadmiar chętnych do staży i praktyk w porównaniu z mniejszą niż kiedyś ilością pracy.

Rok 1995 znowu przyniósł nową jakość. Musieliśmy się odnieść do oczywistego faktu, że wbrew oficjalnej dezaprobacie UWC dla studiów zagranicznych, niemal wszyscy nasi stypendyści będą się o nie starali, na ogół z powodzeniem. Już kilka osób sforsowało niedostępne dotąd mury Oxford i Cambridge. Czy mieliśmy uznać ich sukces za zło konieczne, za „błąd w sztuce”? Taka postawa prowadziła w prostej linii do odcięcia się stypendystów i ich rodziców od dalszych kontaktów z nami. Powinniśmy raczej przyjąć ich własny punkt widzenia i popierać całym sercem wysokie aspiracje naukowe i zawodowe, starając się jednak w miare naszych skromnych możliwości o to, aby zachowali pragnienie wykorzystania ich dla Polski, bodaj w dłuższej perspektywie. Oznaczało to jednak odsunięcie na coraz dalszy etap chwili, w której Towarzystwo przejdzie w ręce wykształconych absolwentów UWC.

Z konieczności zaczęliśmy myśleć o wciągnięciu do współpracy rodzin stypendystów, czego poza nami nie robi chyba nikt w obrębie UWC. Wprawdzie nie zbliżało nas to wcale do niedoścignionego wciąż ideału „grona osób wpływowych”, które mogłoby przydać Towarzystwu wiarygodności i ułatwić zbieranie funduszy, ale w każdym razie pozwalało funkcjonować z jaką taką regularnością. Pierwszą osobą, która nieco ulżyła w wielu rutynowych czynnościach była  babcia jednego z kandydatów. Następnie, przejęcie finansów Towarzystwa przez mamę innego stypendysty pozwoliło definitywnie skończyć z opłacaniem usług księgowych, i oddalić widmo komornika. Już wspominałam o czynnym udziale rodzin uczniów  w realizacji kolejnych dorocznych zjazdów. . Rodzicom zawdzięczamy też sporo promocji, jaką Towarzystwo uzyskało w lokalnej prasie i telewizji. Inny znowu tata, profesor akademicki, bardzo nam dopomógł w stopniowym załatwieniu kwestii przyjęć na studia przez uczelnie polskie. Wreszcie przejęcie obowiązków sekretarza przez jedną z mam  raz pierwszy stworzyło sprawną obsługę najkonieczniejszej „papierologii”.

Rok 1995 i 96 wspominam jako czas osiągnięcia masy krytycznej. Wciąż jeszcze byliśmy (i nadal jesteśmy) bardzo dalecy od wizji barwnej, prężnej organizacji, propagującej w mediach „wartości UWC” i zbierającej dotacje od zaprzyjaźnionych sponsorów, ale przestałam się już obawiać, że którejś wiosny kwalifikacja stypendialna nie odbędzie się z powodu zupełnego braku rąk do pracy.

Wiosną 1999 podczas kolejnej wizyty Andrew Thornhilla zauważyłam po raz pierwszy, że Profesor źle wygląda – wydawał się przemęczony, poirytowany. Jednak rozwijał tak gorączkową aktywność, że wydawało się, że po prostu przecenia swoje siły i usiłuje żyć na zbyt wysokich obrotach. Niestety, była to choroba nowotworowa, którą do konca ukrywal nie tylko przed nami, ale nawet najblizszą rodziną. 11 sierpnia, 1999, w dniu zaćmienia słońca, Paweł Czartoryski umarł.

Do dziś nie wiem, czemu naprawdę zawdzięczamy przetrwanie tej wielkiej straty jaką było jego odejście. Wtedy naprawdę wszystko mogło się rozpaść.. Może to poczucie zobowiązania wobec ogromu pracy już wykonanej? Wobec nadziei jaką w nas pokładał? Jego wiary w wartość tej pracy?

Na pewno pomogło i to, że w chwili gdy odszedł poruszaliśmy się już po utartych ścieżkach. Mieliśmy kalendarz rutynowych działań. Mieliśmy mały ale stabilny ośrodek administracyjny tak świetnie prowadzony przez nową Przewodniczącą, Krysię Troszczyńską. I wreszcie, praca została na tyle rozdzielona, że każdy mógł skupić się na swojej funkcji.

W 2000 roku minęło dziesięć lat od Konferencji w Budapeszcie. W listopadzie znalazłam się znowu na Konferencji UWC w Pradze. Co za kontrast! Tym razem polska delegacja była największa. Towarzyszyła nam też największa grupa studentów. Co więcej, pokazano nas jako przykład bardzo dobrego National Committee, najbardziej prężnego w tej części świata.

Słuchałam wypowiedzi przedstawicieli krajów ościennych: Rosji, Litwy, Łotwy, Słowacji, nawet Węgier, od których przed laty wszystko się dla nas zaczęło. Wydało mi się nagle, że czas się cofnął, usłyszałam bowiem o tych samych problemach, od których zaczęła się nasza przygoda: brak chętnych do pracy, brak funduszy, niechęć oficjalnych instytucji, absolwenci nie wracają do kraju. Wtedy po raz pierwszy utwierdziłam się w przekonaniu, że zrobiliśmy chyba więcej, niż z dzisiejszej perspektywy wydaje się możliwe, że dobrze wykorzystaliśmy ten czas, który była nam dany dziesięć lat temu. Kto mógłby wówczas uwierzyć, że kwalifikacja 2003 pozwoli nam rozpocząć trzecią setkę przyznanych stypendiów?

A kto wie, co może przynieść przyszłość?

© Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata


Na górę  Strona główna  Kontakt   Admin: Marcin Kozioł    Zobacz: Teatr, Teatry w Warszawie