
Jestem już po pierwszym tygodniu szkoły. Jestem naprawdę zauroczona tym miejscem — całą szkołę otaczają przepiękne łąki i pastwiska, gdzie pasą się owieczki, krówki i koniki. Byłam już też dwa razy nad morzem i w pobliskim miasteczku rybackim — Whitby. Jeśli chodzi o pogodę, to dość często pada, więc muszę się szybko zaopatrzyć w parasol; ale na szczęście zdarzają się też czasem dni słoneczne. Ludzie i nauczyciele są tu bardzo mili i pomocni, za to załamana jestem swoim angielskim; ci Anglicy mówią tak szybko, że często nie potrafię wychwycić nawet głównego tematu ich rozmowy. W pokoju jestem z czterema sympatycznymi dziewczynami: dwie z nich to Angielki, jedna pochodzi z Niemiec i jedna z Hong Kongu. Na lekcjach idzie mi na razie całkiem dobrze. Uczę się matematyki, rozszerzonej matematyki („further”), chemii i fizyki. Przedmioty są prowadzone w naprawdę ciekawy sposób. Jutro mamy wycieczkę i jedziemy na paintball. Kuchnia tu jest pyszna, a deserów takich jak tu to jeszcze nigdzie nie jadłam (no chyba, że u Mamy). Jest też dużo zajęć pozalekcyjnych, więc nudzić tu się nie da. Codziennie też (oprócz weekendów) mamy „prep-time” i wtedy musimy siedzieć w bibliotece i odrabiać zadania domowe, a dyrektor chodzi i sprawdza, czy się uczymy. Mundurki też mi się dosyć podobają, chociaż na początku byłam trochę przerażona wizją ich noszenia.
Z nauką na razie nie ma problemu — z każdego „prepu” do tej pory dostałam A. W tym tygodniu mamy pierwsze testy ze wszystkich przedmiotów (co trzy tygodnie prawdopodobnie takie będą) i dwa pierwsze mam już za sobą. Już trochę więcej rozumiem z angielskiego. Na lekcjach jest w porządku, bo nauczyciele piszą na tablicy to, co najważniejsze; za to jest trochę gorzej, jeżeli dzięsieciu Anglików zbierze się w jednym miejscu i zacznie rozmawiać — potok słów, z którego nie da się nic zrozumieć. W ten weekend byliśmy na kajakach — naprawdę niezła zabawa, choć wróciliśmy cali mokrzy i w błocie.
Dziś byłam po lekcjach na chórze, wczoraj na badmintonie, a tak to chodzę jeszcze na boks i „cooking club”. Dodatkowo w ramach wolontariatu chodzę z Agatką do małych dzieci, które są w budynku obok. Bawimy się z nimi i to jest wspaniałe bo ja kocham takie maluszki.
Właściwie celowo nie pisałam e-maila od razu po przyjeździe, bo wiadomo — pierwszy tydzień jest najtrudniejszy. Ale teraz już obiektywnie mogę stwierdzić, że strasznie mi się tu podoba! Okolica jest prześliczna — naokoło same polanki, wrzosowiska, kaniony... Właściwie to nie wiedziałam, że takie miejsca jeszcze istnieją! Przez okna sali od chemii widzimy nawet szkolne konie. Wszyscy przyjęli nas bardzo miło. Anglicy są wprawdzie trochę zamknięci, ale od samego początku wszyscy chcieli nam pomóc. Obecnie najlepszy kontakt mamy chyba z ludźmi z Hong Kongu. W pokoju mieszkam z Niemką, która przyjechała tu na semestr, żeby ćwiczyć angielski. Mamy zresztą bardzo dużo ludzi, którzy są tu tylko do Świąt, a później wracają do swoich szkół. W tym tygodniu pisaliśmy „3 week test” z każdego przedmiotu, bo chcieli sprawdzić, czy robimy postępy. Właściwie musze powiedzieć, że poszły nam naprawdę dobrze. Jestem bardzo zadowolona z wybranych przedmiotów (matematyka, rozszerzona matematyka, chemia, fizyka i biologia). Dziś pierwszy raz robiliśmy praktykę na chemii — trochę byłam zdezorientowana, bo w mojej starej szkole raczej nie wolno nam było nic robić samemu, ale strasznie mi się to podoba. Matematyka wydaję się być trochę łatwiejsza niż u nas, ale pewnie za rok będzie dużo ciężej... dzisiaj byłyśmy drugi raz w Whitehall — jest to oddział Fyling Hall, tylko dla młodszych dzieci. Chodzimy tam z Malwiną w piątki na trzy godziny i pomagamy nauczycielkom. Dziś malowałyśmy rybki, w sumie to chyba bawiłyśmy się jeszcze lepiej niż te dzieci. W najbliższym czasie planujemy spotkać się z panem Davidem, którego poznałyśmy na reunionie. Strasznie się cieszę, że nadal jesteśmy z nim w kontakcie. Chodzenie w mundurkach bardzo mi się spodobało! A zawsze myślałam, że to jest takie okropne. W poniedziałki i środy mamy trzy godziny wychowania fizycznego. W tym tygodniu najpierw biegaliśmy dwie mile, później graliśmy w hokeja i piłkę nożną — wycisk dają nam niezły, ale to w bardzo pozytywnym znaczeniu. Właściwie to mam wrażenie jakbyśmy chodziły do tej szkoły od zawsze, a to dopiero trzeci tydzień! W sumie ten wyjazd już dał mi bardzo dużo, bo naprawdę doceniłam swoich przyjaciół i rodzinkę. Teraz przynajmniej moja skrzynka mailowa jest cały czas zapełniona. Niestety muszę już lecieć, bo w środę organizujemy apel, a trudno będzie im ćwiczyć rolę układu planetarnego bez Wenus.
Fyling Hall School to prawie stuletnia szkoła znajdująca się w północnym Yorkshire. Otoczona jest licznymi drzewami, krzewami i kwiatami, a z jej okien widać pobliskie morze. Teren wokół niej stanowią głównie malownicze pastwiska z pasącymi się na nich krowami i owcami oraz wrzosowiska. Mieści się w zabytkowych, stylowych budynkach.
Liczba uczniów jest tu dużo mniejsza niż w innych szkołach (nawet 10–20 osób na roku). Dzięki temu życie szkolne i towarzyskie zawiera więcej swobody, problemy uczniów są rozstrzygane indywidualnie oraz nie ma podziałów na tle religijnym czy majątkowym. Spotkać można tu obywateli wielu krajów całego świata. Część z nich przyjeżdża tylko na kilka miesięcy, zazwyczaj aby poprawić angielski. W szkole uczą się zarówno dzieci w wieku przedszkolnym, jak i starsi (do ok. 19 lat). Grupa uczniów na jednych zajęciach rzadko przekracza 6 osób.
Moje przedmioty to matematyka rozszerzona (Maths + Further Maths), biologia, chemia i fizyka. Dotychczasowy materiał przerabiany na lekcjach nie jest dla nas nowością - większość zrobiliśmy już w Polsce. Wyjątkiem jest analiza matematyczna i szalona, w porównaniu do szkoły polskiej, ilość doświadczeń wykonywanych samodzielnie przez uczniów (w skład A-levels wchodzą również egzaminy praktyczne). Pracownie są dużo lepiej wyposażone i dużo częściej wykorzystywane. Bardzo rzadko zdarzają się tutaj sprawdziany, kartkówki, odpytywanie na lekcji — to, czego boi się prawie każdy polski uczeń. Małym wyjątkiem jest „three-week test”, który miał nas tylko zachęcić do pracy i sprawdzić aktualne zaangażowanie w naukę. Często zdarza się, że sami musimy prosić nauczyciela o zrobienie nam w danym momencie jakiegoś testu.
W Fyling Hall egzaminy zdaje się w dwóch sesjach: w styczniu i czerwcu. W szczególnych przypadkach termin zdawania danego egzaminu można indywidualnie przesunąć. Nauczyciele mieszkają blisko szkoły (niektórzy nawet w szkolnych budynkach), więc nie ma problemu ze spotkaniem się po lekcjach i wyjaśnieniu skomplikowanego zagadnienia. Są oni bardzo wyrozumiali dla obcokrajowców, zawsze pytają, czy wszystko rozumiemy, czy nie mówią zbyt szybko. Szkoła oferuje wiele zajęć pozalekcyjnych: od gier planszowych po naukę latania w regionalnej organizacji wojskowej; wycieczek i różnych wyjazdów. Sam uczęszczam na karate i chór. Raz w tygodniu odwiedzamy również najmłodsze dzieci z Junior School w ramach wolontariatu. Pomagamy im w nauce pisania, czytania, liczenia, nierzadko po prostu się z nimi bawimy.
Od niedzieli do czwartku, popołudniami, mamy prep-time, czyli czas przeznaczony na naukę i odrabianie lekcji. W szkole obowiązują mundurki, lecz od tego roku uczniowie dwóch najwyższych klas mogą go zamienić na tzw. „business wear”. Kuchnia szkolna różni się bardzo od polskiej, lecz bez problemu można do niej przywyknąć.
Fyling Hall ma w sobie wiele uroku. Dzięki swoim rozmiarom i braku szalonej popularności jest miejscem o spokojnej, przyjaznej atmosferze, da się tu w spokoju usiąść i pouczyć, da się również pobawić i poznać ciekawych ludzi. Pobyt tu to przygoda życia, która otwiera okno na świat i nowe możliwości.
Copyright Jacek Hołysz & Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata im. prof. Pawła Czartoryskiego
Numer KRS: 0000128672









