mapa witryny  

Mahindra UWC — Relacje

Weronika Kosior 2011–2013
Sonia Wargacka 2012–2014
Adrianna Woźniak 2013–2015
Gabriela Kalla 2013–2015
Urszula Adamska 2014–2016, Jan Janiszewski 2014–2016

Urszula Adamska 2014–2016
Jan Janiszewski 2014–2016

Pozdrowienia z MUWCI. To miejsce, gdzie możesz rozwijać się na każdej płaszczyźnie. Chcesz uczyć się języka urdu czy chińskiego? Proszę bardzo, zajęcia prowadzą sami native speakerzy. Interesuje cię gra na tabli lub sitarze? Jak najbardziej, szkoła oferuje takie lekcje. Skrycie marzysz, żeby tańczyć jak w filmach Bollywood? Albo wyreżyserować własną sztukę, tworzyć mapy czy organizować wyprawy na lodowce? Tu masz taką możliwość. Jeszcze nie wiesz, co lubisz robić? Możesz spróbować wszystkiego z szerokiej gamy zajęć pozalekcyjnych i triveni. Mahindra to miejsce, które stwarza warunki do rozwoju nie tylko uczniów, ale też nauczycieli. Tak więc mamy nauczyciela filozofii, który zajmuje się recyklingiem i kreatywnym przetwarzaniem odpadów, matematyka, który dokumentuje gatunki motyli obecne w rezerwacie wokół szkoły czy nauczyciela ekonomii, który prowadzi szkolną straż pożarną i organizuje wyprawy górskie.

Pozdrowienia ze Wzgórza. Zmoknij podczas monsunowego deszczu, który może trwać 20 sekund albo 2 godziny. Zapomnij o czystych paznokciach. Przyzwyczaj się, że łazienkę należy dzielić z żabą. Albo dwiema. Wszędzie chodź w klapkach. Albo boso. Naucz się jeść rękami. Zrób sobie kolczyk w nosie. Powieś światełka choinkowe na ścianie w swoim pokoju. Odwiedzaj przyjaciół o północy, żeby zaśpiewać im „sto lat”. Gotuj magii o 2 nad ranem. Zobacz dwie spadające gwiazdy jednej nocy. Nigdy nie przegap lunchu we wtorki. Machaj rękami wokół głowy, kiedy się z kimś zgadzasz. Nie pij czaju w plastikowych kubeczkach. Uważaj na schodach do domku na drzewie. Mów: namaste, thik-hai, chalo.

Pozdrowienia z Indii. Tu wszystko jest możliwe. Zobacz słońce zachodzące nad Ghatami Zachodnimi. Obserwuj egzotyczne gatunki roślin i zwierząt w lesie deszczowym. Skacz do wodospadów. Zjedz lichi prosto z drzewa. Pomóż okolicznym rolnikom w uprawie ryżu. Kup swoje pierwsze sari. Przejedź się rikszą. Zobacz krowy w centrum miasta. Spędź 2 dni w pociągu, podróżując na drugi koniec tego ogromnego kraju. Nurkuj w Oceanie Indyjskim. Odwiedź plantację herbaty. Pamiętaj, żeby zdjąć buty przed wejściem do hinduistycznej świątyni. Naucz się karmić krokodyle. Zrób oryginalną biżuterię z bambusa. Wspinaj się w Himalajach. Wejdź na lodowiec.

Podróżuj. Śnij. Odkrywaj. (M. Twain)

Gabriela Kalla 2013–2015

Indie. Do tego kraju dostałam możliwość wyjazdu dzięki programowi UWC i grupie absolwentów, którzy wszystko zorganizowali. Było to tak niewyobrażalne, ponieważ na samym początku mojego aplikowania żartowaliśmy z rodzicami co będzie jak akurat trafię do Indii. Szybko to „nieosiągalne marzenie” stało się rzeczywistością.

W sierpniu dotarłam na Półwysep Indyjski, do MUWCI. Już na samym lotnisku w Mumbaju mieliśmy styczność z tamtejszymi realiami społecznymi i kulturowymi, które różnią się ogromnie od naszych europejskich. Tłok, okropne gorąco, na dodatek inny język. Tak naprawdę wszystko uspokoiło się po dwóch dniach (tyle trwała cała podróż, licząc zmianę czasu), kiedy wreszcie mogłam się porządnie wyspać i wziąć gorący prysznic. Wtedy, podczas tygodnia powitalnego, rozpoczęła się możliwie największa przygoda mojego życia.

Życie w MUWCI jest wspaniałe i jeszcze raz podjęłabym tą samą decyzję o wyjeździe. Nasz kampus podzielony jest na 5 części (tzw. wady). W każdej jest parę domków, w każdym domku po dwa pokoje (+ dwie łazienki), a w każdym pokoju po 4 osoby. Nasz jest 50/50 azjatycko-europejski, a moje współlokatorki to najwspanialsze osoby na świecie. Mieszkam z Marie z Danii, Rhea z Indii i Ji Yea z Korei Południowej. Muszę przyznać, że niezwykle się cieszę, że akurat tak trafiło, aczkolwiek chyba nie istnieje osoba w MUWCI, która narzekałaby na swoich współlokatorów.

Sam pokój nie zachwyca, ale mam swój kącik, w którym już dawno się zadomowiłam. Teraz przede mną jeszcze malowanie ścian i ozdobienie ich zdjęciami! Kampus sam w sobie opisałabym jako tętniący życiem: zielony, wszędzie roślinki i różne żyjątka (typu węże, jaszczurki, etc.) Mamy też dużo zachęcających atrakcji (tak, tak, aplikujcie do MUWCI!): basen, siłownia, dukaan (taki sklepik) czy kawiarnia (w której nie ma kawy, ale są dobre kanapki). W dodatku wszystko jest o wiele tańsze niż w Polsce.

Sama szkoła i nauka różnią się bardzo. Początkowo trochę niedowierzałam, że to całe UWC uczy krytycznego myślenia, zmieni twoje myślenie — tak, tak, było to tylko „gadanie”. Szybko okazało się to jednak prawdą. W Mahindrze rzeczywiście nauczyłam się kreować swoje zdanie, uczestniczyć we wszelakich dyskusjach (nawet na temat polityki: Unia Europejska, systemy rządów, które niekoniecznie lubię). Zdecydowanie zmieniło się moje podejście do tematów ogólnoświatowych, tematy tabu przestały być „tabu”, a zaczęło się o nich otwarcie mówić. W życiu jeszcze nie czułam, że mam tak dużo opinii i tak wiele do powiedzenia.

W całym roku szkolnym mamy również krótkie przerwy, na których możemy sobie zaplanować wyjazdy do różnych części Indii. Ostatnio byłam w Hampi, a teraz planuję wyjazd do Goa. Siedzisz i planujesz: a może by tak odwiedzić kogoś w Chinach, Korei czy Brazylii? Jeszcze rok temu nigdy bym nie pomyślała, że wyląduję na drugim końcu świata z takimi olbrzymimi możliwościami, z osobami z tak różnych kultur, których nigdy bym nie poznała, z nowymi przyjaciółmi i nauczycielami, z którymi kontakt będzie się pewnie utrzymywał przez resztę życia, z tyloma pomysłami na przyszłość, które się utworzyły podczas pobytu w Indiach. Kocham Indie i strasznie się cieszę, że trafiłam akurat tam!

Adrianna Woźniak 2013–2015

Przed wyjazdem do Indii moi przyjaciele ostrzegali mnie, jaki to niecywilizowany kraj, jak to nikt nie wyjeżdża tam za edukacją i jakże jest niebezpiecznie. Wszystkie te stereotypy zostały dosłownie zmiażdżone już w trakcie moich pierwszych dni w tym niesamowitym kraju. Indie same w sobie są najbardziej niezwykłym zjawiskiem, które kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć, a wyjazd do Mahindra United World Colleges of India jest najpiękniejszym doświadczeniem, które spotkało mnie w życiu.

Przyczyn niezwykłości tego miejsca jest naprawdę wiele. Według mnie życie przez dwa lata w Indiach można zaliczyć do najbardziej rozwijającej i zmieniającej pogląd na świat przygody. Przez co — nie najłatwiejszej. Zmieniłam dosłownie wszystko: od rzeczy tak prozaicznych jak szerokość geograficzna, po kontynent, rodzinę, język, religię dominującą, mentalność ludzi. Wszystko, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie znajduje nową definicję w Indiach, przez co trzeba też porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i przygotować się na zupełnie inne (nie: gorsze. Inne.) standardy życia.

Pośród przepięknych wzgórz Ghatów Wschodnich ledwo można dojrzeć college. Jednak początkowo niedostępna szkoła zmieniła się wkrótce w mój dom, a ludzie Wzgórza — w prawdziwą rodzinę. Mówię tu również o uczniach z całego świata, z którymi spędzam dnie i noce. O tym, że obecnie jednym z moich najlepszych przyjaciół jest osoba pochodząca z kraju, o którym wcześniej nie słyszałam. O tym, że teraz pytając „skąd jesteś?” nie mam na myśli dzielnicy miasta, ale kontynent. Że dyskutuję o konflikcie palestyńsko-izraelskim z ludźmi z Palestyny i Izraela właśnie, że rozprawiam o wojnie z Pakistanem z koleżanką z tego właśnie kraju. Dzielę pokój z trzema osobami, a każda z nich jest z innego kontynentu.

Mówię też o tym, że nauczyciele to nie tylko ludzie, którzy ścigają mnie z zadaniem domowym. To przyjaciele, których domy i serca są otwarte dla nas dwadzieścia cztery godziny na dobę. To osoby, z którymi żyjemy i dzielimy codzienne troski i radości. Którzy często z powodzeniem zastępują nam rodziców. To pracownicy i obsługa campusu, ludzie z okolicznych wiosek, którzy są promiennymi, otwartymi i niesamowicie rozmownymi osobami. Którzy znają imiona każdej osoby na kampusie i uważają nas za część swojej rodziny — i tak też jest.

Same mury szkoły stają się czymś więcej, niż kamieniami. W MUWCI mamy niezwykłą szansę na rozwijanie swoich pasji lub odkrywanie nowych, dzięki m.in. profesjonalnej scenie teatralnej, cyfrowej pracowni filmowej, obserwatorium astronomicznemu, szeregowi instrumentów muzycznych i studio nagraniowemu oraz szeregowi zajęć dodatkowych, takich jak Kuchnia Wietnamska, „Physical Pleasures” (mowa oczywiście o nauce), czy uczenie angielskiego dzieci z pobliskiej wioski. Te mury stają się domem, który jest świadkiem zawiązywania się niemal zawsze wiecznych przyjaźni, które w normalnych warunkach nie miałyby miejsca oraz miłości, dzięki którym uczymy się jak radzić sobie z różnicami kulturowymi.

To wszystko: Indie, ludzie z całego świata, możliwość rozwoju także (a może przede wszystkim) poza klasą, możliwość zmiany swojego otoczenia — sprawia, że te dwa lata odcisną się w moim sercu tak mocno, że będzie to z całą pewnością „przygoda mojego życia”.

Sonia Wargacka 2012–2014

Wyjazd do szkoły UWC zdecydowanie był dla mnie jednym z największych wyzwań do tej pory. Czytając te słowa, pewnie myślicie sobie „a tam, na pewno dałbym sobie radę”. Ja też sobie myślałam „a tam” i dopiero gdy po przyjeździe bladym świtem na kampus Mahindry usiadłam sama przy stoliku, popatrzyłam na egzotyczną roślinność, obce jedzenie na moim talerzu oraz obce twarze dookoła i pomyślałam sobie „Cóż, może faktycznie był to dość szalony pomysł, żeby spakować walizki, zostawić rodzinę, najlepszych przyjaciół oraz całe swoje dotychczasowe, dość ułożone życie i wyruszyć 7 000 km dalej do Indii”. I teraz, w drugim semestrze mojego pierwszego roku nauki tutaj, mogę Wam z ręką na sercu powiedzieć, że warto mieć szalone pomysły.

Oczywiście, nic nie jest takie jak dawniej.

Nigdy nie sądziłam, że da się przyzwyczaić do ruchu ulicznego w Indiach, który rządzi się swoimi prawami.

Nie myślałam, że przed osiemnastką zobaczę wschód słońca nad Gangesem.

Nie miałam pojęcia, że będę miała okazję dyskutować przy lunchu na temat różnic w przedstawianiu na palcach liczby 3 w zależności od danego kręgu kulturowego, ani że po lekcjach będę rozmawiała z moją belgijską współlokatorką na temat ksenofobii w RPA, zajadając przy tym belgijską czekoladę z kisielem (który, jak się okazuje, jest wybitnie polskim przysmakiem) i koreańskimi cukierkami.

Albo że zacznę uważać system szkolnictwa za sprawiedliwy i zacząć naprawdę fascynować się przedmiotami, których się uczę. UWC przewróciło moje życie do góry nogami i owszem, zdarzyło mi się mieć poważny problem z poukładaniem go z powrotem. Ale tutaj gdy masz problem, mówisz o tym innym i nagle okazuje się, że wszyscy macie podobne odczucia — bo każdy z was zostawił część serca tam, w domu, w swoim kraju. I teraz tę część należy czymś wypełnić.

Nie oznacza to zapomnienia o swojej rodzinie i przyjaciół. Oznacza to natomiast ogromny rozwój we wszystkich możliwych kierunkach. Nie myśl już, że chciałbyś zacząć grać na perkusji, ale nie stać Cię na lekcje. Nie czuj się wyobcowany/a w swojej klasie, bo czujesz potrzebę omówienia jakiegoś ważnego problemu społecznego, ale nie ma na to odpowiedniego przedmiotu w szkole i ludzi dookoła, z którymi możnaby o tym podyskutować. Nie martw się maturą z matematyki i własną frustracją, że chciałbyś pogłębić wiedzę z trzech, czterech przedmiotów, ale musisz uczyć się czternastu.

Ciesz się za to cudownie partnerską relacją z nauczycielami, do których możesz wpaść po lekcjach na herbatę i zwyczajnie, po ludzku pogadać. Wybierz 6 lub 7 przedmiotów, które naprawdę Cię interesują i zdziw się, jak sam nabierzesz motywacji do uczenia się. Dyskutuj na zajęciach o legalizacji marihuany, religii, głośnej w mediach sprawie gwałtu w Delhi i wielu innych, kontrowersyjnych tematach — przekonaj się, że temat trudny to nie temat tabu. Rozmawiaj o swoich troskach z przyjaciółmi z Kenii, Gwatemali, Brunei czy Libii, a gdy coś w kampusowej społeczności działa nie tak, podejmij akcję i wiedz, że jest z kim i dla kogo ją podjąć.

Myślę, że to są rzeczy uniwersalne dla każdej ze szkół UWC, mimo, iż różnią się od siebie niekiedy naprawdę sporo. Niemniej jednak zdecydowanie warto. Warto spróbować swoich sił na szczeblu ogólnopolskim, bo kto wie, czy za jakiś czas nie spotkamy się na reunionie Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata, Ty i ja, drogi Czytelniku, oboje z przypiętymi plakietkami z hasłem „UWC alumni” i niesamowitymi, pięknymi wspomnieniami.

Weronika Kosior 2011–2013

Godzina pierwsza w nocy. Wciąż nie mogę uwierzyć, że jestem ponad 10 tys. km od mojego domu. Podczas lądowania słyszę głos małej dziewczynki: „mummie, mummie, I can see India!” Z samolotu wysiadam z Paulem; spotkaliśmy się na lotnisku we Frankfurcie. Uderza nas gęste, parne, bombajskie powietrze. Obiektyw mojego aparatu jest zamglony — nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Odbiera nas moja drugoroczna — Olga. Musimy jednak poczekać ponad 3 godziny na Marthę z Zambii. Zmęczeni siadamy przy budce na przeciw wyjścia z terminali i pijemy czaj — nasz pierwszy czaj w życiu. Aromatyczny, ostry i słodki jednocześnie.

Właściwie całą drogę z Bombaju do szkoły przespaliśmy. Obudziła nas Olga. Jeep zaparkował przy stacji. Przerwa na śniadanie — chrupiąca masala dosa (bardzo cienki placek z mąki ryżowej, smażony na specjalnej płycie, wypełniony pikantnymi warzywami, najczęściej podawany z z dipami — czatnejami). Na około przepiękne góry, zieleń i deszcz — bo to przecież jeszcze pora monsunowa. Niedługo później dojechaliśmy na kampus. Szkoła usytuowana jest na szczycie wzgórza. Główna brama znajduje się u jego podnóża. Olga zaprowadziła nas do naszych wad i domków (zakwaterowanie w Mahindrze różni się nieco od standardowego, mieszkamy w 4 wadach, w każdej wadzie jest około 8 domków, w każdym domku 2 pokoje po 4 osoby).

Od poniedziałku, dwa dni po przyjeździe, zaczęliśmy Orientation Week. Na początku czułam się zmieszana, codziennie dostawaliśmy milion nowych informacji. Po zmroku zgubiłam się w drodze z biblioteki do wady. Jednak z perspektywy czasu wszystko tutaj wydaje się bardzo małe. W sobotę wybraliśmy się po raz pierwszy do Puny (kampus otoczony jest wioskami; do najbliższego miasta — Puny, jest około półtorej godziny drogi). Pierwszy raz doświadczyliśmy też chaosu jaki panuje na indyjskich ulicach. Nikt nie respektuje tutaj zasad drogowych. Riksze i skutery prześlizgują się pomiędzy ciężarówkami, auta omijają pieszych, i wszelkiego rodzaju wozy. Na standardowej dwupasmówce w centrum miasta mieści się 5 pojazdów i krowa. Szaleństwo. Oczywiście nikt nie słyszał też o chodnikach czy pasach, więc poruszanie się po ulicach bywa niebezpieczne. Ale wierzcie mi, wystarczy parę wycieczek do Puny i można się przyzwyczaić.

Pomimo wielu pozytywnych doświadczeń i dni wypełnionych nieustanną ekscytacją, pierwszy tydzień w Indiach był dla mnie naprawdę ciężki. Udzielała mi się depresyjna atmosfera monsunu. Wszystko tonęło, sufit przeciekał, ściany wydzielały różnokolorowe łzy, pływałam w moich kaloszach i wbrew pozorom było dość zimno (ja oczywiście myśląc, że będzie tutaj ciągle 50 stopni, zabrałam tylko jeden, cienki sweterek). Tęskniłam za Polską. Zdarzało mi się płakać. Czułam się jakby wszystko obracało się przeciwko mnie. Mój laptop się zepsuł, prawdopodobnie ze względu na wilgotność powietrza, nie miałam kontaktu z rodziną. Jednak każdy tutaj starał się pomóc. Ludzie pożyczali mi swoje komputery, przychodzili porozmawiać i wypić wspólnie herbatę.

W ostatni dzień Orientation Week drugoroczni obudzili nas o 7.30 krzycząc i bębniąc w co się da. Nikt za bardzo nie wiedział co się dzieje. Szybko jednak zostaliśmy poinformowani — wielka, monsunowa bitwa błotna. To był chyba moment, w którym zaczęłam się czuć tutaj naprawdę dobrze. Kolejne takie „brudne”, wspaniałe doświadczenie to Ganesh Festival, kiedy zbiegaliśmy ze wzgórza w rytm indyjskiej muzyki, tańcząc i obrzucając się różowym proszkiem. U podnóża razem z mieszkańcami wioski oddaliśmy cześć bogowi Ganesh, wkładając go do rzeki.

Po dwóch tygodniach pobytu w Mahindra UWC of India nie wyobrażałam sobie zmienić tego miejsca na jakiekolwiek inne. W szkole nie jest łatwo, program IB jest bardzo wymagający, ale wiem, że sobie poradzę. To, co się teraz dzieje, jest spełnieniem moich marzeń. Codziennie rano budzę się szczęśliwa. Tak naprawdę ciągle nie mogę sobie uświadomić, że tu jestem. Że kolejne miasta, które odwiedzam to są prawdziwe Indie — najbardziej egzotyczny i niemieszczący się w europejskiej głowie kraj, że jestem otoczona przez cały świat, że na zwykłej lekcji angielskiego mogę być w grupie z osobami z Alaski, Chin, Kenii i Finlandii, że podczas obiadu możemy rozmawiać o konflikcie japońsko-koreańskim z przedstawicielami tych krajów, a czytając o islamie czy judaizmie mogę iść do kogoś i te informacje zweryfikować.

To tyle moich wrażeń z pierwszych tygodni pobytu w szkole. A teraz wybaczcie, muszę wracać do domu, do mojej wady, i się przebrać. Za 20 minut mam zajęcia yogi!

[Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o szkole, polecam wam oglądanie www.muwci.tv. To najlepsze źródło informacji z życia szkoły i kampusu.]

 


przewiń do góry

Numer KRS: 0000128672