mapa witryny  

Worth School — Relacje

Mateusz Król 2011–2013
Jakub Nagrodzki 2012–2014
Tomasz Cebrat 2013–2015
Paweł Radtke 2014–2016
Patryk Kulik 2015–2017
Michał Graczyk 2016–2018

Michał Graczyk 2018–2018

Ostatnie sześć tygodni upłynęły pod znakiem poznawania: nowego miejsca, nowych ludzi, a także nauki rzeczy, które do niedawna wydawały się abstrakcją: od zakupu biletu lotniczego, biletu kolejowego, żeby spędzić weekend z przyjaciółmi gdzieś na drugim końcu Anglii, czy opisywania DNA po angielsku. A przecież nieco ponad miesiąc temu, z dwiema walizkami pełnymi moich rzeczy, postanowiłem urzeczywistnić swój wyjazd do Worth School, na stypendium Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata.

I tak, po przekroczeniu bramy szkoły, jadąc taksówką, pamiętam, że pierwszą myślą było oklepane: „Jest nawet lepiej niż na zdjęciach”. Przywitała mnie słoneczna, niebrytyjska pogoda, która utrzymała się do końca połowy trymestru. W połączeniu z olbrzymim kampusem z rozrzuconymi budynkami, nowoczesnymi blokami klasowymi lub bardziej tradycyjnymi domami, wielkimi polami do gry w rugby, kortami do tenisa, boiskami do piłki nożnej, a nawet owcami — wszystko razem daje oszałamiający efekt. Tak się właśnie zaczęło.

A potem wszystko już przebiegło tak, jak mogłem sobie wymarzyć: ludzie czekający, aby Ciebie przywitać, poznać, ale przede wszystkim — pomóc w zaadaptowaniu się do innego życia. Po chwili znalazłem się w długo oczekiwanym domu. Chwila na zostawienie rzeczy w pokoju (może małym, ale przez to własnym i przytulnym), a potem już tylko zapoznanie się, z kim przyjdzie mi spędzić najbliższe dwa lata.

I tu pojawiła się największa niespodzianka — wyobrażenie prywatnej szkoły brytyjskiej w odniesieniu do Worth może być bardzo mylące — Anglicy stanowią tu niecałą połowę uczniów; pozostali pochodzą z kilkudziesięciu krajów od Australii, Filipin, Hong Kongu i Chin aż po Meksyk i Brazylię. Obecność tak międzynarodowego towarzystwa pozwala poszerzyć nasze horyzonty, dowiedzieć się, jak wygląda życie i kultura innych narodów.

To, co najbardziej cenię w Worth, to możliwość wyboru między Maturą Międzynarodową (IB), a brytyjskimi A-levels. Większość zagranicznych uczniów, w tym ja, decyduje się na ten pierwszy program. Obecnie uczę się sześciu przedmiotów, trzech na poziomie podstawowym, a trzech na rozszerzonym. Grupy IB mają zazwyczaj mniej uczniów, rzadko przekraczają 8 osób. Dzień zaczyna się o 7:30, kiedy półprzytomny ubieram garnitur, wiążę krawat (odpowiedni dla domu) i udaję się na śniadanie. Już o 8:30 czeka nas pierwsza rejestracja, a chwilę później — lekcje. Odbywają się one w podwójnych blokach, każda lekcja trwa 55 minut z pięciominutowymi przerwami między lekcjami i nieco dłuższymi między blokami. Lekcje nauk ścisłych należą do najbardziej wyczekiwanych punktów dnia — kiedy wchodzimy na rozszerzoną biologię i chemię, i widzimy kartki czekające na stołach nie oznacza to niezapowiedzianej kartkówki (cały czas się łapię na skokach ciśnienia na ten widok), ale kolejny eksperyment stanowiący punkt wyjścia do naszej dalszej nauki.

Po lunchu, który jest tak samo zróżnicowany, jak narodowości uczniów (nie ma więc mowy o wiecznym jedzeniu fasolki czy smażonych ziemniaków), udaję się do Tower Clock na lekcje rozszerzonej matematyki — może brzmieć strasznie, ale tutaj nauczyciele naprawdę chcą, żebyśmy zrozumieli przekazywany materiał i są gotowi poświęcić swój wolny czas na pomoc, gdy jest ona potrzebna, lub wprowadzenie dodatkowych zagadnień, które pozwolą nam zrozumieć więcej konceptów w matematyce. Kolejne godziny to lekcja literatury angielskiej, gdzie przerabiamy aktualnie trzy dramaty w kierunku prezentacji ustnej. Analizujemy je dogłębnie na lekcji, a pasja i oddanie nauczycielki nie mogą nie udzielić się każdemu uczniowi w grupie. Napisanie komentarza literackiego po tak inspirujących zajęciach to najmniejszy problem. Po chwili czeka mnie niemiecki — trochę zmęczony wchodzę do sali, a tam... Schwarzwälder Kirschtorte, który przywiózł dla nas nauczyciel. Przy takim smakołyku nawet najtrudniejsze dyskusje o imigracji stają się przyjemnością.

Sercem tej wspólnoty jest zdecydowanie kościół — zbudowany ponad czterdzieści lat temu, jednak z niespotykaną, jak na modernistyczne lata, ponadczasowością. Wnętrze zachwyca ogromem przestrzeni i monumentalnością, bez przepychu, rozplanowane tak, aby ułatwić nabożeństwa ekumeniczne.

Po południu i wieczorami mamy wygospodarowany czas na zajęcia dodatkowe i wszelkiego rodzaju aktywności. Uczniowie mają właściwie nieograniczony wybór, przez liczne koła akademickie po koła debatowania, MUN, chór, teatr, domy pomocy społecznej, domy dla starszych, czy wreszcie szeroki wybór sportów, które mamy dwa razy w tygodniu: tenis, rugby, squash, badminton, szermierka, lacrosse, siłownia, pływanie. Oprócz tego, nauczyciele są bardzo otwarci na wszystkie nasze inicjatywy — mniejsze bądź większe, ale zawsze nasze własne projekty, czy to pomoc niedalekiemu ośrodkowi dla uchodźców, czy doskonalenie umiejętności w zakresie syntez chemicznych.

Worth to wspaniałe miejsce, które cały czas mnie zaskakuje; za każdym razem pozytywnie. Jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy warto wysłać waszą aplikację do Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata, dodam jeszcze tylko tyle: jest to miejsce, do którego chcę wracać. Dlatego próbujcie, bo przygoda życia czeka!

Patryk Kulik 2015–2017

Patrząc na ostatnie 3 miesiące spędzone w Worth, najbardziej zadziwiające dla mnie wydaje się to, jak szybko życie w tak innym środowisku stało się dla mnie codziennością. Niecałe 12 miesięcy temu zaczynałem pisać swoją aplikację do Towarzystwa, nie do końca jeszcze przekonany co do tego czy tak naprawdę tego chcę i co zrobię jeśli mi się uda. Nie mniej jednak decyzja, że warto spróbować swoich sił w kwalifikacjach, okazała się w pełni odmienić moje życie.

Nie sposób jest słowami opisać tego jakie pierwsze wrażenie robi Worth, nie mówiąc już o tym kiedy pierwszy raz zobaczy się szkołę w pięknej słonecznej pogodzie. Piękne krajobrazy i budynki zapierają dech w piersiach. Kiedy patrzy się na idealnie skoszoną trawę na rozciągającym się po granice szkoły polu golfowym, znika niepewność związana z przyszłością, przestaje się myśleć o tym jak to wszystko będzie wyglądać, czy ja na pewno tu pasuję i zaczyna się doceniać jakie ma się szczęście, że spędzi się tu najbliższe dwa lata swojego życia. W tym momencie wszystko zaczyna się dziać niesłychanie szybko. Poznaje się opiekuna domu, który pokazuje ci twój pokój, nie za duży, ale mimo wszystko przytulny, później swoich rówieśników, których już po kilku dniach znasz jakobyści znaliście się od miesięcy, potem zakonników i innych pracowników szkoły, chętnych wiedzieć skąd przybyłeś i jaka jest twoja historia.

Jednak to co najbardziej pokazuje różnicę prywatnej angielskiej szkoły od wcześniejszych moich doświadczeń jest nastawienie nauczyciela do ucznia. Dużo zalet ma już sam program IB, w którym często jest nie więcej niż 5 osób w klasie, ale nauczyciele są zaangażowani i starają się poświęcić jak najwięcej czasu każdemu uczniowi, nie są zamknięci na opinię i bez żadnego kłopotu można z nimi porozmawiać na ciekawe tematy związane zarówno z życiem szkolnym jak i prywatnym. Wyposażenie szkoły jest na najwyższym poziomie i jeśli jest się zainteresowanym naukami przyrodniczymi to można to naprawdę bardzo dobrze wykorzystać. Wszystko to powoduje, że chodzenie na lekcje staje się przyjemnością, a dni mijają szybko. Szkoła uzyskuje bardzo dobre wyniki i z dnia na dzień coraz bardziej staje się twoim prawdziwym domem. Ostatnie tygodnie minęły tak szybko, że aż ciężko w to uwierzyć. Samodzielny pobyt za granicą w miejscu, jakim jest Worth, szybko zmienia człowieka i powoduje, że znacznie szybciej kształtuje on swoją osobowość, a czas mija przyjemnie, w miłym środowisku. Każdemu polecam takie doświadczenie. I jeśli jeszcze nie zdecydowaliście czy starać się o stypendium, zdecydowanie warto spróbować i przeżyć to co ja i inni stypendyści.

Paweł Radtke 2014–2016

Worth School to miejsce piękne, niezwykłe i nieprzestające zadziwiać.

Podróż samolotem do Wielkiej Brytanii pamiętam jakby to było wczoraj. Dopiero siedząc w samolocie i zapinając pas, zdałem sobie sprawę, że wyruszam w podróż, z której nie wrócę taki sam. Była to też moja pierwsza wizyta w Wielkiej Brytanii. Na własnej skórze miałem doświadczyć środowiska, o którym do tej pory uczyłem się z książek.

Kiedy kilka godzin później przekraczałem mury szkoły, a resztki niepokoju związane z wyprawą w nieznane, ulotniły się bezpowrotnie. Nie sposób było nie zachwycić się architekturą szkoły, bo kto nie chciałby się uczyć w XIX-wiecznym dworze? Dech w piersiach zapierał także ogrom przestrzeni tworzonej przez liczne boiska sportowe do rugby czy piłki nożnej, korty tenisowe czy nawet pole golfowe. Wszystko to jednak blednie w momencie, kiedy doświadcza się społeczności Worth, która jest, nie bez przesady, perłą w koronie szkoły. Uczniowie, nauczyciele, zakonnicy, starsi, młodsi, rówieśnicy, oni wszyscy czekają na Ciebie z otwartymi ramionami, gotowi by Cię powitać i zrobić wszystko, byś poczuł się jak w domu. Pamiętam rzędy uścisków rąk, dziesiątki uśmiechów, niezapomnianą i do tej pory niezwykłą atmosferę, znajomości nawiązywane niemal odruchowo i trwające w najlepsze po dziś dzień.

W takich warunkach nauka, chociaż jest jej sporo, to czysta przyjemność. Worth wyróżnia na pewno możliwość wyboru między programem A-levels oraz IB, które stoi tu na najwyższym, światowym poziomie (6. szkoła IB w Wielkiej Brytanii i 1. nieselektywna szkoła IB na świecie). To za sprawą wspaniałych nauczycieli, którzy, w porównaniu z doświadczeniem z polskich szkół, skupiają się na przekazywaniu wiedzy a nie na robieniu sprawdzianów. Pobyt tutaj to także najlepszy z możliwych kurs języka angielskiego. Pasjonujące rozmowy z uczniami z każdego zakątka globu pozwalają z czasem odnieść wrażenie, że stypendysta staje się prawdziwym obywatelem świata.

Podsumowując, możliwość nauki w tak renomowanej i prestiżowej brytyjskiej szkole to niezwykłe przeżycie. Nowe środowisko, nowe znajomości, nowe doświadczenia — to wszystko ubogaca i poszerza horyzonty. Stypendium to jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna okazja, by zasmakować innego, arcyciekawego świata, dlatego każdego nadal wahającego się z całego serca zachęcam, by spróbował swoich sił w kwalifikacjach. Jedyne co ryzykujecie to możliwość wyjazdu, który odmieni Wasze życie!

Tomasz Cebrat 2013–2015

Kiedy dziś spoglądam przez okno mojego pokoju na otaczające mój akademik stare drzewa, zza których z jednej strony wyłaniają się łąki z pasącymi się na nich owcami, a z drugiej budynki szkoły, zdaję sobie sprawę że życie w tym miejscu i w tym otoczeniu z jednej strony zdążyło stać się dla mnie rutyną, a z drugiej nie przestało mnie fascynować sposobem w jaki ta jego rutyna funkcjonuje. Muszę przyznać, że kiedy moją codziennością staje się prowadzenie prawdziwie interesujących dyskusji na lekcjach historii lub teorii wiedzy, podczas spotkań klubu teologiczno - filozoficznego czy spotykanie się podczas wspólnych posiłków z niezwykle międzynarodowym towarzystwem, w szczególności uczniów realizujących program IB, codzienność okazuje się tym, czym naprawdę chce się żyć przez najbliższe dwa lata.

To, co dziś jest codziennością nie było nią jednak z pewnością trzy miesiące temu, a to co przez te trzy miesiące okazało się niezwykle ważne dla budowania przyjaznej, wspierającej społeczności i dobrego środowiska do rozwoju w każdym istotnym kierunku, we wrześniu budziło u polskiego stypendysty jednocześnie zachwyt, ciekawość i lęk. Szkolne posiadłości, otoczone ze wszystkich stron pięknymi lesistymi pagórkami nie przestają fascynować swoim urokiem, a jednocześnie okazują się obszarem mającym niezwykle wiele do zaoferowania. Nie brakuje tu miejsca do nauki, do spacerów, do rozmyślań, do gry w golfa, rugby, a nawet, co było dla mnie szczególnie ważne w tym trymestrze, biegów przełajowych. Liczne budynki znajdujące się na tym obszarze mieszczą zaś sale lekcyjne, gdzie możemy pod kierownictwem kompetentnych nauczycieli dyskutować nad zagadnieniami związanymi z takimi przedmiotami jak historia (o których to zagadnieniach wcześniej też sporo czytamy), a także laboratoria chemiczne, biologiczne czy fizyczne, wyposażone tak by każdy mógł samodzielnie poszukiwać wiedzy naukowej. W budynkach tych można też znaleźć salę teatralną, salę koncertową, pomieszczenia szkoły muzycznej, szkolną kawiarnię czy salę do uprawiania szermierki, których znaczenia w ożywianiu szkolnego życia nietrudno się domyślić.

Internaty czy akademiki, w których dostajemy jednoosobowe pokoje są spokojnymi miejscami do nauki, której tu bynajmniej nie brakuje. Są też jednak, dzięki staraniom opiekunów i prefektów, odpowiedzialnych w zależności od funkcji m. in. za sprawy duszpasterskie czy integracyjne, miejscami w których naprawdę możemy poczuć się prawie jak w domu spotykając się wieczorem by wspólnie podsumować dzień czy gotując w domowej kuchni pierogi dla wszystkich pozostałych mieszkańców.

Wśród szkolnych budynków największe wrażenie robi jednak z pewnością kościół, wybudowany przed czterdziestoma laty z wielkim rozmachem, a jednocześnie z prostotą i w sposób skłaniający do refleksji. Polski stypendysta przywykły zwykle do kościołów, których w swoim kraju spotyka wiele, często nie jest jednak przywykły do kościoła w szkole. I to miejsce jednak szybko staje się ważnym elementem codzienności każdego ucznia Worth School, symbolem wagi, jaką przykłada się tu do religii, ale i do budowania społeczności, której członkowie wspierają się w szukaniu drogi do prawdy, dobra i swojego miejsca wśród ludzi i symbolem otwartości na przemyślenia każdego ucznia na tematy związane z religią czy moralnością.

Kończący się właśnie pierwszy trymestr nauki w Worth School pozwolił mi przekonać się, że jest to rzeczywiście społeczność, do której każdy może, jeśli tylko chce, wnieść to co jest w nim najlepsze. Nietrudno mi tu zatem znaleźć uczniów chętnych do rozmowy na naprawdę ważne tematy, na przykład chętnych by opowiedzieć o swoich przeżyciach związanych z życiem w pewnej, ogarniętej konfliktem czy poważnym kryzysem części świata. Nietrudno też dostrzec zaangażowanie nauczycieli w nauczanie ich przedmiotów, jak i w czynienie życia społeczności lepszym poza zwykłymi lekcjami. Dzięki temu wszystkiemu mogę wierzyć, że dwa lata spędzone w Worth School będą dobrym okresem, który pomoże mi lepiej zrozumieć samego siebie i świat (w tych jego aspektach na których nam tylko będzie zależało) i otworzy w tym świecie wiele nowych możliwości.

Jakub Nagrodzki 2012–2014

Dla każdego chyba stypendysty pisanie o „pierwszych wrażeniach” z pobytu w swojej nowej szkole jest bardzo trudnym zadaniem. Nie sposób przelać na papier wszystkiego, co od pierwszej sekundy chłonie się całym sobą w nowym kraju, nowym środowisku.

Teraz, po upływie trzech miesięcy roku szkolnego, kiedy Worth stało się moim domem, ciężko mi wprost uwierzyć, jak bardzo zagubiony i niepewny czułem się w tych historycznych murach jeszcze we wrześniu. Co prawda, określenie budynków jako historyczne może okazać się odrobinę nie na miejscu w moim przypadku, ponieważ miałem szczęście trafić do imponującego, oddanego do użytku dopiero w tym roku, nowo wybudowanego internatu.

Można chyba powiedzieć, że to właśnie wrażenia wizualne dominują przeżycia wystraszonego stypendysty z wielką walizką, gdy wysiada z samochodu na szkolnym parkingu po raz pierwszy. Jeszcze jedno spojrzenie wokół, lekkie rozwarcie ust i ta myśl, która przechodzi przez głowę chyba każdemu: „Więc to tu spędzę najbliższe dwa lata?”. Nie jest jednak przerażająca, a całkiem pocieszająca. Nie sposób odmówić sobie szerokiego uśmiechu w odpowiedzi na to retoryczne pytanie. Walizka w dłoń i w drogę, do internatu!

Niekończąca, mogłoby się wydawać, procesja dłoni do uściśnięcia i osób do poznania dopiero się rozpoczyna. Jak zapamiętać wszystkie nazwiska i funkcje? Kto będzie moim przyjacielem w tym nowym, może nieco obcym, miejscu...? Te początkowe problemy znikają w mgnieniu oka i przed upływem pierwszych kilku dni możesz się już z nich śmiać.

Po powitaniu, wstępnym rozpakowaniu i pierwszym posiłku w stołówce (który okazuje się zaskakująco smaczny!) przychodzi czas na przemowy, prezentacje i wszelkie informacje dotyczące właściwej nauki w szkole. To teraz następują ostateczne zmiany w wyborze przedmiotów, wręczany jest plan lekcji, który wkrótce każdy doskonale zna na pamięć, mnóstwo segregatorów oraz szkolny kalendarz.

A nazajutrz, po jednym lub dwóch dniach wprowadzenia i nocy spędzonej w przytulnym, już urządzonym wedle własnego gustu jednoosobowym pokoju, czas na lekcje! W Worth w programie matury międzynarodowej można cieszyć się bardzo małymi grupami na lekcjach, rzadko przekraczającymi pięć osób. Początkowy strach przed pozostaniem z nauczycielem sam na sam w przypadku mniej popularnych przedmiotów mija tak szybko, jak mija pierwsza lekcja, gdy przekonujesz się, jak fantastycznych pedagogów będzie miał w najbliższym czasie.

Podwójna lub potrójna lekcja nauk ścisłych to punkt w planie zajęć, na który zdecydowanie czeka się ze zniecierpliwieniem - i słusznie! Kiedy zakładasz fartuch i okulary ochronne na lekcji chemii już wiesz, że to będą ekscytujące dwie godziny i samodzielnie wykonasz doświadczenia — element programu, którego w polskich szkołach często brakuje. Dzwonek, przerwa na herbatę i ciastka, a po przerwie niepewnie pukasz do drzwi klasy od języka hiszpańskiego. Wchodzisz i poznajesz kolejnego nauczyciela — uśmiechniętą panią z Saragossy, której entuzjazm i doskonałość w posługiwaniu się językiem, właściwa „native speakerowi”, w bardzo krótkim czasie pozwalają robić ogromne postępy, których sam się po sobie nie spodziewasz. Podobnie pozytywnie zaskakujące okazują się pozostałe lekcje i pod koniec dnia już nie możesz się doczekać kolejnej gorącej dyskusji na lekcji literatury i widoku gorącego płomienia palnika. W końcu zmęczenie bierze górę i przychodzi czas na odpoczynek. Szkoda jednak czasu na sen, gdy następnego dnia czekają kolejne ekscytujące atrakcje — pierwszy w życiu mecz rugby lub sesja szermierki? Czy może być lepiej?

Życie w szkole z internatem toczy się swoim specyficznym, ekscytującym rytmem. Mimo to, niedługo to trwa, zanim bicie serca stypendysty zaczyna pokrywać się z rytmem, w jakim tętni szkolne życie. Dni mijają szybko, za szybko, bo chciałoby się je czasami zatrzymać. W mgnieniu oka kończy się pierwszy trymestr. Skąpe opady śniegu w Anglii zbiegają się w czasie z przerwą świąteczną, podczas której wraca się do domu i bez końca opowiada się z wypiekami na twarzy o szkolnych domach, krawatach, prefektach, hymnach, rozgrywkach sportowych i miłych weekendowych wycieczkach po Wielkiej Brytanii z przyjaciółmi.

„Hej, przygodo!”, chciałoby się wtedy zakrzyknąć do samego siebie, i wrócić tam jak najszybciej...

Mateusz Król 2011–2013

Właśnie mija szósty tydzień odkąd jestem w Worth i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony! Nauczyciele, uczniowie, atmosfera panująca w szkole, wszystko to sprawia, że w tej szkole chce się być.

Worth School to koedukacyjna szkoła, która znajduje się około 50 kilometrów na południe od Londynu, blisko niedużej miejscowości Crawley. Z każdej strony otoczona jest lasami i polami, co stwarza świetne warunki do nauki, jak i do sportu.

Wszystkie sale wyposażone są w niezbędne pomoce dydaktyczne i tablice interaktywne. Dzięki temu na lekcjach chemii naprawdę przeprowadzamy doświadczenia, a na lekcjach języka francuskiego oglądamy i analizujemy sceny z filmów francuskich. Szkoła oferuje szeroką gamę zajęć dodatkowych i stwarza świetne warunki do rozwoju na wielu płaszczyznach. Osiem sal z pianinami i innymi instrumentami muzycznymi, na których można ćwiczyć o dowolnej porze dnia, dwa chóry, orkiestra i różne zespoły pozwalają rozwijać się muzycznie. Teatr, pracownie plastyczne oraz aktywnie działające koła pozwalają na rozwój artystyczny. Duża ilość boisk do rugby i piłki nożnej, korty tenisowe i squasha, hala sportowa, siłownia i wiele innych stwarzają świetne warunki do rozwoju fizycznego. Dodatkowo, szkoła oferuje IB i A-levels, a w ramach obu programów dość duży wybór. Znaczna część nauczycieli uczy na obu kursach, także nie ma znacznej różnicy, jeśli chodzi o poziom nauczania. Różnica tkwi w materiale, ilości lekcji tygodniowo (przy IB jest ich trochę więcej) oraz liczbie osób w klasach (przy IB klasy są mniej liczne).

Wbrew nazwie „szkoła brytyjska” Worth School jest szkołą dość międzynarodową, co jest dość zauważalne przy IB. Oczywiście, najliczniejszą grupą są Brytyjczycy, ale w szkole nie brakuje innych narodowości. Spośród obcokrajowców najwięcej jest Chińczyków, Niemców, Włochów i Hiszpanów.

Bardzo mi się tu podoba. Cieszę się, że mam możliwość zdawania matury międzynarodowej w tak świetnej, prestiżowej szkole i z przyjemnością spędzę w Worth najbliższe dwa lata.

Worth School

Do tej pory Worth przyjęło 9 stypendystów Towarzystwa.


przewiń do góry

Numer KRS: 0000128672